Biała Magia

Biała Magia jest bardziej rozpowszechnioną formą dobrej boskiej magii. Istotą Białej Magii jest przywoływanie Boga Absolutu, Bóstw Nieba i aniołów Bożych do współdziałania. Człowiek zajmujący się Białą Magią jest inspirowany przez niebiańskie siły światłości. Biała Magia jest w rzeczywistości boską magią aniołów i bóstw nieba pogłębieniem zwyczajnej ludowej pobożności. Biała Magia jest najwyższym dobrem jaki Bóg Stwórca i archanioły jego ofiarowały ludzkości dla jej oczyszczenia i uwznioślenia, dla zbawienia. 

Biała Magia – Droga Bóstw Nieba

Biała Magia jest bardziej rozpowszechnioną formą dobrej boskiej magii. Istotą Białej Magii jest zjednywanie Boga i Niebian (Aniołów) do działania. Człowiek zajmujący się Białą Magią jest inspirowany przez siły światłości, dobra i prawdy. Biała Magia jest magią anielską, magią bóstw niebiańskich, magią współpracy z boskim duchem, z Mocą Bożą.

henoch-prorok-bialy-magBiała Magia to przede wszystkim sposób myślenia i harmonijnego współistnienia z naturą, przyrodą, na wschodzie kojarzoną z ideą przyrodniczego bóstwa Rudra – Ducha Życia. Rozumienie praw wszechświata i postępowania zgodnie z tymi prawami, świadome kształtowanie swojego życia w oparciu o wewnętrzną mądrość.

Biała Magia uczy: nie krzywdź, nie złość się, nie zamartwiaj się, nie kłam, nie osądzaj pochopnie, nie użalaj się; przeciwnie wybaczaj, współczuj, zachowuj spokój i życzliwość, działania obronne i wendety podejmuj z umiarem tylko gdy to jest absolutnie konieczne. Biała magia uczy medytacji w oparciu o promienie Białego Światła, a także rozwijania Mocy Bożej z promienia Białego Światła.

Skuteczność biało-magicznych metod w dużej mierze zależy od dojrzałości duszy (jaźni), mądrości oraz uczciwych intencji Białego Maga. Osoba, która pracuje nad własnym wewnętrznym rozwojem, medytuje, kontempluje, umie opanować emocje, jest systematyczna i konsekwentna z łatwością kształtuje magią swoje życie.

Biała Magia czyni cuda, a jej kluczowym hasłem jest Moc, Moc Boża. Biała Magia to Bóg i aniołowie z Niebios (w tym archanioły czyli bóstwa niebiańskie). Biała Magia zmienia życie człowieka na lepsze i zdrowsze. Białą Magią posługują się tylko osoby dobre, szlachetne i dobroczynne, osoby z Darem Bożym czy Charyzmatem. Biała Magia znana była już za czasów Świętego Proroka Henocha, jako przeciwieństwo magii czarnej uważanej za szkodnictwo i czarnoksięstwo.

Białą Magią dla uzdrawiania, ochrony duchowej, wypędzania złych duchów czy zapewniania pomyślności posługiwali się między innymi tacy mistrzowie Ducha jak: Prorok Henoch, Król Salomon, Prorok Eliasz, Jezus Chrystus, Apoloniusz z Tiany, Nagaradża, Abu Iszak, Awicenna, Christian Rosenkreutz, hrabia Saint Germain (Rakoczy), Vivekananda, Sainatha, Mikao Usui, Kalu Rimpoche, Mohandźi i wielu innych. 

W chrześcijaństwie Biała Magia znana jest częściowo jako uzdrawianie charyzmatyczne Mocą Ducha Świętego, Leczenie Duchem Świętym. Prawdziwa Biała Magia jest jednak niezależna od religii czy wyznania i sama w sobie nie jest religią, chociaż odwołuje się w niektórych zabiegach do aniołów czy bóstw nieba (loa, deva, kami, malak, angelos etc). 

Biała Magia to praktyka posługiwania się mocą duchową czyli niebiańską w połączeniu z mocą ziemi w celu spowodowania pożądanej, dobroczynnej zmiany. Biała Magia jest pozytywnym, pełnym szeroko rozumianej harmonii i miłości procesem zmieniania siebie i swojego świata oraz otoczenia. 

Biała Magia to boska praktyka posługiwania się mocą aniołów, niebios, Mocą Bożą, w połączeniu z mocą ziemi, przyrody, w celu spowodowania pożądanej zmiany na lepsze. Magia Biała jest pozytywnym, pełnym szeroko rozumianej życzliwości i przyjaźni procesem zmieniania siebie i swojego świata. Celem Białej Magii jest niesienie bezinteresownej pomocy innym a także samemu sobie poprzez wypowiadanie pewnych formułek i wykonywania wskazanych niebiańskich rytuałów! Nie można z pomocą Białej Magii zaszkodzić ani ściągnąć na siebie złego ducha, gdyż działają tu tylko i wyłącznie duchy dobre, anioły, bóstwa, albo dobroczynna siła twojego umysłu i duszy (jaźni)!

Czarna magia (także tzw. szara magia) czyli czarnoksięstwo jest czymś zgoła odmiennym. Za pośrednictwem czarnej magii, czarnoksięstwa, niektórzy mogą otrzymać to czego faktycznie pragnęli ale często dopiero później przykre i niechciane konsekwencję objawiają prawdziwą naturę czarnej magii. Osoby zbyt porywcze, emocjonalne, rozzłoszczone, pochopne w działaniach, nawet jak z początku zajmą się dobrą Białą Magią, z czasem mogą zejść na złą ciemną stronę i popaść w czarną magię, chociażby nierozważnie rzucając klątwy na dobre i niewinne osoby albo wykonując rzucanie uroków z powodów osobistych jak zazdrość lub zakochanie czy na usilną prośbę nieobiektywnych przyjaciół. Takim osobom, które popadną w czarną magię mogą się rodzić chore lub kalekie dzieci, ich zwierzęta mogą nagle chorować na groźne wirusy, nagle spotykają ich liczne nieszczęścia. Pamiętajmy, że za nasze powiązania z czarną magią czyli z czarnoksięstwem zostaną ukarani nawet nasi potomkowie, gdyż siły zła, demony mroku będą miały nad nimi pewną pieczę. 

Aby zostać Adeptem czy Adeptką Białej Magii i nie upaść na tej cudownej niebiańskiej boskiej ścieżce trzeba przejść gruntowny proces udoskonalenia moralnego, zrozumienia zasad i praw świata Magii oraz odbierania impulsów Woli Niebios, Woli Bożej. 

Prorok Eliasz – Biały Mag

Biała Magia to praca z boskim białym Światłem, stąd Biali Magowie, Uzdrowiciele często nazywani są Uzdrowicielami ze Światła. Uzdrawianie i egzorcyzmy oraz odmienianie życia na lepsze są najczęściej kojarzonymi aktywnościami Białych Magów.

Moc ziemi czy natury, to lecznicze właściwości ziół i ich mieszanek, talizmany ochronne, właściwości ognia, świec i ogniowych rytuałów, energia drzew i kwiatów, leczenie zapachami i olejkami aromatycznymi, praca z żywiołami, inwokacje aniołów i archaniołów będących opiekunami Ziemi czy kierunków świata (Gabriel, Rafael, Michael, Uriel i inne).

eliasz-prorok-bialy-magCelem Białej Magii jest niesienie pomocy innym, działanie dla wyższego dobra ludzi i przyrody a także poprzez wypowiadanie pewnych formuł i wykonywania wskazanych rytuałów! Nie można Białą Magią zaszkodzić ani ściągnąć na siebie czy innych złego ducha, gdyż działają tu tylko i wyłącznie duchy dobre zwane aniołami na Zachodzie lub bogami i boginiami na Wschodzie, a także dobroczynna siła umysłu, psychiki i duszy!

Mistrz LMB jest jednym z niewielu Nauczycieli Białych Magów w całej Europie. Rzeczywiście wtajemniczonych Mistrzów Białej Magii jest w skali świata niezbyt dużo, chociaż podaje się liczbę łączną około 4 tysięcy, w tym większość żyje w rejonach mało dostępnych takich jak wyspy Polinezji, Tybet, Japonia, czy Amazońska dżungla.

Każdy Biały Mag zajmuje się Sztuką Duchowego Uzdrawiania, Pranoterapią, Mesmeryzmem, zapewnianiem zdrowia i pomyślności osób które poszukują pomocy w swoim życiu ze strony sił dobroczynnych, aniołów czy bóstw.

Biała Magia zajmuje się usuwaniem subiektywnie odczuwanych zjawisk określanych jako czarnomagiczne, jak poczucie klątwy, pechowego zauroczenia, opętania przez złoczynną siłę czy wpływ, poczucie zniewolenia. Zjawiska te często pojawiają się bardziej z powodu słabej i podatnej na nawet słabe złe wpływy psychiki pacjenta niż z powodu rzeczywistej siły czyjegoś szkodliwego oddziaływania. Część terapii to wzmacnianie woli osoby poddającej się terapii duchowej opartej o Białą Magię.

W tradycyjnej kulturze duchowej Biała Magia to zawsze magia, która wykorzystywana jest do dobrych celów i dobrymi sposobami, zaś czarna magia służy złu, wykorzystywania jest do niecnych zamiarów i zwykle wiąże się z wykonywaniem jej na mroczne sposoby. Podobnie podejście stosowane jest w kulturze Wicca gdzie magia rozróżniana jest w przybliżeniu na białą i czarną według zasady “Czyń to, co chcesz, pod warunkiem, że Twoje czyny nie skrzywdzą nikogo” – czyny nie sprawiające nikomu krzywdy kwalifikują się tu jako magia biała, zaś ta wyrządzająca krzywdę to magia czarna.

Adepci Białej Magii doskonalą się w Boskim Świetle, Miłości, Mądrości i Mocy, gromadzą w swoim życiu pozytywny potencjał, przygotowując się do następnych – wyższych – etapów rozwoju. Podstawą jest duchowe Białe Światło Prawdy. Czynimy dobro i działamy dla dobra pacjenta, dbamy też o to, aby nikomu nie stała się krzywda z powodu działań bioenergetycznych, rytuałów odmiany losu czy modlitw.

Generalnie, systemy uzdrawiania takie jak Huna z Hawajów, Mahikari, JohRei czy ReiKi z Japonii są w swej istocie szkołami szeroko pojętego uzdrawiania opartymi na Białej Magii, jeśli są uczone i użytkowane wedle oryginalnych zasad i metod, tak jak zostały na początku wprowadzone. Warto wspomnieć, że źli ludzie, szczególnie na Zachodzie, w Ameryce czy Europie lubią tak zmodyfikować oryginalne systemy, żeby przestały spełniać warunki prawdziwej, boskiej Białej Magii opartej o współpracę z Bóstwami Niebios, w chrześcijaństwie ezoterycznym nazywane Aniołami i Archaniołami. Autentyczne szkoły ezoteryczne czy okultystyczne, wszystkie opierają się na słonecznej, boskiej, Białej Magii, którą w Indii znano jako Ścieżkę Kapłanów Słońca czyli Ścieżkę Magów (Maga Margah).

Światło Proroka Henocha – Biała Magia

Biała Magia uznaje istnienie nadrzędnej boskiej siły czy mocy, Wszechducha, Ducha Życia, Prasiły o niepohamowanym i ostatecznym charakterze, z której wyłonił się cały wszechświat i wszystkie byty. Idea owej siły, przekraczającej ludzką zdolność pojmowania, została niemal całkowicie zrzucona przez zachodnie religie i filozofie, jednak Natura ciągle przypomina o istnieniu Boga w postaci Ducha, w chrześcijaństwie zwanego Duchem Świętym, u muzułmanów Ruh Quddus, a u żydów biblijnych Ruach Kaddosz.

henoch-prorok-boskie-swiatloNie ma spraw nie do ułożenia, o ile nie są zdeterminowane przez karmę (uprzednie czyny i wybory) człowieka. Jednakże, nie starajmy się wszędzie zasłaniać karmą czy prawem przyczyny i skutku. Ponad Prawem Karmy jest bowiem duchowe Prawo Łaski (Uwolnienia, Odpuszczenia) i prawdziwie dobry człowiek zawsze dostanie szansę na wybrnięcie ze ślepego zaułka w jaki zaplątał się w życiu. Warto także pamiętać, że Prawo łaski stosowane jest jedynie przez Bóstwa Niebios, przez dobrych Bogów i Boginie (Anioły i Archanioły) przy realnej i dostatecznej z Nimi łączności.

Jeśli mimo wielu modlitw czy inwokacji, mimo pozytywnego myślenia, wiary w siebie, stosowania Białej Magii czyjeś życie leży w gruzach, przyglądamy się uczciwie intencjom i temu, jaki pacjent ma stosunek do innych czujących istot, ludzi i przyrody. Może rozwija w sobie poczucie winy lub zbytnio obwinia innych? Może pielęgnuje żal i gniew do kogoś, kto go skrzywdził? Może z uporem godnym lepszej sprawy trzyma się lęków i uprzedzeń w stosunku do niektórych spraw? Może ma powodujące choroby wierzenia religijne czy przekonania? Najczęściej po prostu nie dostrzega ręki życzliwie mu podanej przez Boga dla uzdrowienia i przemiany życia.

Biała Magia jest starożytną sztuką uzdrawiania, przemieniania życia, polepszania losu, rozwoju związku z Niebiosami, z Bóstwami Nieba i Bogiem Absolutem. Biała Magia jest sztuką przekazywania Promienia Białego Światła w celu naprawienia rodzaju ludzkiego zgodnie z Wolą Bożą! Podróż duchowa do Królestwa Białej Magii jest podróżą do Królestwa Boskiego Światła, podróżą do Królestwa Światłości, do Niebiańskiego Świata Bóstw, Bogów i Bogiń Empireum.

Ludzkie ciało jest wyrazem energii duszy (jap. ReiKi, sanskr. Daiva Prana). Każda ludzka myśl kreuje jakiś aspekt energii i od nas zależy czy będzie dobra czy zła i w jakim kierunku popłynie prąd życia. Pamiętać trzeba, że Boska Energia, Oddech Boga, może być tak łagodny jak muśnięcie subtelnego wiatru, łatwo można go przeoczyć w medytacji czy modlitwie. Obserwuje się także własne sny, gdyż w snach skrywają się potężne symbole i ludzkie ukryte możliwości.

Białe Światło Boże to zrozumienie, świadomość, przebudzenie i oświecenie. Pola wyrażane za pomocą światła i dźwięku tworzą nowe energie, tacy ludzie są otoczeni piękną aurą, cali promieniują światłem, wtedy można najlepiej zobaczyć jakość człowieka będącego adeptem czy adeptką Białej Magii, Niebiańskiej Magii. Widać to po poszczególnych kolorach aury i eterycznego sobowtóra. Człowiek zanurzony w ciemności nie posiada czystej aury, a nawet bywa, że tonie w ciemności, jest tak mroczny, że ciężko tam znaleźć jakikolwiek kolor, i wiedzmy nie zdarza się to wcale tak rzadko, jest to bardzo częste zjawisko towarzyszące obecnie żyjącym ludziom i dzieje się tak z różnych powodów. W takim środowisku nie rozwija się prawidłowo świadomość, nawet jak owo środowisko mieni się być jedynie słuszną i zbawczą religią. Poglądy, wierzenia i przekonania nie stoją w parze ze stanem wnętrza, z duchowym oczyszczeniem ani uwzniośleniem. Ludzie mogą głosić wiele interesujących teorii, ale za tym wcale nie musi stać wysokie uduchowienia ani połączenie z Bóstwami Nieba…

U podstaw Białej Magii leży praktykowanie łączności z Wyższą Jaźnią, Duszą oraz Boskim Duchem, a także z Bóstwami Niebios. Typowe praktyki to oczyszczanie siebie i swojego otoczenia z pomocą boskiego Białego Światła płynącego od dobrych aniołów, dobrych niebiańskich Bóstw i Bogiń. Biała Magia nigdy nie stoi w sprzeczności z dobrą, prawidłowo praktykowaną wiarą religijna, ale kultywuje nie tylko teorie lecz praktyczną Bożą Moc w działaniu poprzez osoby, które zostały przez Niebiosa i Bóstwa zaakceptowane jako współpracownicy Boga na Ziemi.

Proste medytacje kierujące na dobrą ścieżkę boskiej Białej Magii to chociażby wyobrażanie sobie w spokoju ducha blasku promieniującego z jasno świecącego Słońca… W takim nastroju rozjaśniamy własną psyche co przeciwdziała stanom depresyjnym oraz rozświetlamy aurę i otoczenie w którym żyjemy. Z czasem posyłamy promienie Białego Światła Bożego także do innych osób, miejsc oraz zwierząt i roślin. 

Leczenie Ezoteryczne by Alicja A. Bailey 

Wyjątek z wypowiedzi Tybetańczyka – sierpień 1934 r.

Stwierdzenie, że jestem uczniem tybetańskim pewnego stopnia, jest chyba niewystarczające, albowiem wszyscy są uczniami od najskromniejszego kandydata aż do — i ponad — samego Buddhę, Zaratusztrę czy Chrystusa. Żyję w ciele fizycznym na granicy Tybetu jak inni ludzie i czasem, gdy me zajęcia na to pozwalają, przewodniczę (z punktu widzenia ezoterycznego) wielkiej grupie łamów tybetańskich. I to chyba było przyczyną, iż mówiono, jakobym był przełożonym pewnego klasztoru łamów.

Towarzysze mej pracy w Hierarchii (a wszyscy prawdziwi uczniowie są towarzyszami w tej pracy) znają mnie pod innym imieniem i na innym urzędzie. A.A.B wie kim jestem i rozpoznaje mnie pod obydwoma mymi nazwami. Jestem waszym bratem, przebywającym trochę dłużej na ścieżce niż przeciętny uczeń i ponoszę przez to większą odpowiedzialność. Jestem tym, który zmagał się i wywalczył swą drogę w większym świetle niż kandydaci mający czytać ten artykuł i dlatego muszę działać jako dobry przewodnik światła, bez względu na to, ile by to kosztowało.

Nie jestem starym człowiekiem i nie mam tego wieku, który liczą Mistrzowie, jednak nie jestem młody i niedoświadczony. Zadaniem moim jest nauczać i rozpowszechniać wiedzę Odwiecznej Mądrości, gdziekolwiek tylko mogę znaleźć oddźwięk, i czynię to już od wielu lat. Staram się również być pomocny Mistrzom M. i K.N., gdy tylko nadarzy się sposobność, albowiem już od dawna byłem złączony z Nimi i z Ich pracą.

W tym wszystkim, co wyżej wspomniałem, oznajmiłem wam wiele, jednakże równocześnie nie powiedziałem nic, co by mogło was skłonić do ofiarowania mi ślepego zaufania i nieograniczonego przywiązania, który uczuciowy kandydat ofiarowuje Guru i Mistrzowi, nie będąc jeszcze w stanie z Nim się skontaktować. Nie dojdzie on do upragnionego połączenia z Guru, dopóki nie przemieni uczuciowego przywiązania — w altruistyczną służbę dla ludzkości, a nie dla Mistrza. Książki, które napisałem, wysyłam nie żądając ich przyjęcia, mogą one być poprawne, prawdziwe i pożyteczne albo mogą takie nie być.

To wy macie stwierdzić ich prawdziwość przez odpowiednie zastosowanie i intuicyjne wykonywanie wskazówek w nich zawartych. A nie ja ani A.A.B — nie jesteśmy w najmniejszym stopniu zainteresowani tym, aby je uznano za pisma natchnione lub aby mówiono o nich (z wstrzymanym oddechem), że są dziełem jednego z Mistrzów. Jeśli przedstawiają prawdę w taki sposób, że wynika ona konsekwentnie z już ofiarowanych światu nauk, jeśli wiadomości w nich zawarte podnoszą dążenie i wolę służenia z planu emocjonalnego na plan mentalny (gdzie można znaleźć Mistrzów), to wtedy spełnią one swoje zadanie.

Jeśli podana nauka wywoła oddźwięk w oświeconym umyśle i przyniesie rozbłysk i rozjaśnienie jego intuicji, wtedy niech będzie ona przyjęta — lecz nie w innym wypadku. Jeśli tezy moje spotkają się z ewentualnym potwierdzeniem lub będą uważane za prawdę, jako dowód Prawa Analogii— wtedy będzie to właściwe i dobre. Gdyby jednak tak miało nie być, niech studiujący nie przyjmie tego, co napisane. 

INWOKACJA

Niech ze Źródła Światłości
— Gdzie ukryta Moc Boga jest,
Spłynie Światło przemożne na ludzi!

Niech wśród ziemskich marności
– Prawdy ściele się droga,
I do twórczej współpracy ich budzi!

Niech ze źródła Miłości,
Które Sercem jest Boga,
Łaska spłynie wszechmocna na ludzi!

Niechaj Światłość zagości
– Duch na ziemskich tu drogach,
I braterskie współżycie obudzi!

Niech z ośrodka Mądrości,
Gdzie zgłębiona Moc Boża,
Wolą ludzką Duch Prawdy steruje,

I na szlakach Wieczności
– Poprzez ziemskie bezdroża,
Niech człowieka do Światła kieruje!

Niech ród ludzki wyłoni
– Ze swych wspólnot na Ziemi,
Słońce Ducha i słońce Przyjaźni!

Niech Duch piekło rozgromi
– Natchnie czyny dobrocią,
I prowadzi drogami radości!

Niechaj Światła Wiek Złoty
– Zapanuje na ziemskim Globie
I Prawości otoczą go skrzydła! 

Powyższa Inwokacja lub Modlitwa nie należy do żadnej osoby ani grupy indywidualnej, lecz do całej Ludzkości. Żadna poszczególna grupa ani organizacja nie jest zobowiązana do jej odmawiania lub zachęcania innych do tego. Inwokacja ta ukazuje się często w gazetach lub w czasopismach wielu krajów, jest emitowana przez stacje radiowe całego świata. Wiele tysięcy ludzi odmawia ją codziennie, tworząc w ten sposób duchową, wszechświatową, wspólną wiarę i opinię publiczną, której nic nie będzie mogło się oprzeć.

Piękno i siła tej Inwokacji leży w jej prostocie i w wyrażeniu pewnych podstawowych Prawd, które wszyscy ludzie podświadomie i w sposób przyrodzony przejmują jako prawdę o istnieniu zasadniczej inteligencji, której mgliście nadajemy imię Boga. Prawdy, że poza wszelkim zewnętrznym pozorem siłą poruszającą wszechświat jest Miłość prawdy, że wielka indywidualność zwana przez chrześcijan Chrystusem, przez żydów Mesjaszem, przez buddystów Maitreją, a przez hinduistów Kalkim, przez zaratusztrian Saoszjantem zstąpiła na ziemię i wcieliła tę miłość tak, że mogliśmy ją poznać. Prawdy, że zarówno miłość, jak i mądrość są wynikiem tego, co nazywa się Wolą Boga, i w końcu tej oczywistej prawdy, że tylko ludzkość może sama wykonać plan. – Alice A. Bailey

alice-ann-bailey-biala-magia

Alice Ann Bailey

Uwagi wstępne o duchowym leczeniu

Problem leczenia jest tak stary jak sam czas i zawsze był przedmiotem badań i doświadczeń. Lecz co się tyczy prawidłowego użytkowania zdolności i sił leczenia, wiedza ta jest jeszcze w powijakach. Dopiero w tym wieku i pokoleniu zaistniała w końcu możliwość podania prawa magnetycznego leczenia i wskazania przyczyn tych chorób — powstających w trzech zewnętrznych ciałach — które teraz dewastują ludzkość, powodując nieskończone cierpienia i męki oraz prowadząc człowieka ku bramie świata bezcielesnego bytu.

Dopiero dzisiaj człowiek jest w takim momencie rozwoju swej świadomości, kiedy zaczyna rozumieć siłę światów wewnętrznych — subiektywnych — i nowa oraz rozległa wiedza psychologiczna jest odpowiedzią na jego rosnące zainteresowania. Procesy dostosowania, eliminacji i leczenia zajmują zarówno umysły wszystkich myślących, jak i cierpiących ludzi. Przed nami wiele pracy i dlatego proszę o cierpliwość z waszej strony. Wchodząc w dziedzinę lecznictwa, wstępujemy w świat wiedzy ezoterycznej, niezliczonych wniosków oraz stajemy przed zbiorami twierdzeń wielu umysłów, starających się przez wieki uzdrawiać i pomagać.

Pytania zadawane chorobie w jakim celu i dlaczego były przedmiotem nieskończonych badań i dociekań oraz wysnuto wiele wniosków, by zaspokoić te utyskiwania, jak również wiele sformułowań, dotyczących metod, strony technicznej, recept, przepisów i różnych sposobów postępowania oraz teorii. Wszystko to służy do przepojenia umysłów pojęciami — czasem poprawnymi, czasem błędnymi — a to najbardziej uniemożliwia studiującemu przyjęcie nowych, dotychczas nie znanych idei.

Kandydaci najbardziej na tym tracą, gdy odrzucają rezygnację z tego, co umysł niższy pielęgnuje i miłuje. Gdy uda im się posiąść umysł otwarty — są gotowi do przyjęcia nowych teorii i hipotez, odkrywają jednak, że stara i droga im prawda nie została rzeczywiście utrącona, lecz tylko odłożona na swe właściwe miejsce w szerszym planie.

Wszyscy wtajemniczeni w Prastarą Wiedzę są tym samym uzdrowicielami, choć wcale nie muszą leczyć ciała fizycznego. Jest to następstwo faktu, że wszystkie dusze, które osiągnęły w pewnej mierze prawdziwe wyzwolenie, przewodzą energię duchową. Wpływa ona automatycznie na pewne aspekty mechanizmu, który wykorzystują stykające się dusze. Gdy używam tu słowa mechanizm, mam na myśli różne postacie narzędzia, ciała lub formy naturalne, poprzez które wszystkie dusze szukają przejawienia. Odnoszę to przeto do:

1. Gęstego ciała fizycznego (sthula śarira), które jest ogólną sumą organów nań się składających; posiadają różne funkcje, umożliwiające duszy wyrażanie się na fizycznym, czyli obiektywnym planie, jako na części znaczniejszego i obszerniejszego organizmu. Ciało fizyczne jest aparatem odbiorczym dla wewnątrz mieszkającego ducha człowieka i służy jako narzędzie do połączenia tej duchowej istoty z aparatem odbiorczym Logosu planetarnego, czyli życia, w którym istniejemy, poruszamy się i mamy swój byt.

2. Ciała eterycznego (linga śarira), mającego jeden główny cel — ożywiania i napełniania energią ciała fizycznego i przez to włączenie go w energetyczne ciało Ziemi i Systemu Słonecznego. Jest to tkanina składająca się z prądów energetycznych, światła i linii sił. Stanowi ono część rozległej sieci, energii będących podstawą wszelkiego kształtu, zarówno wielkiego, jak i małego (mikrokosmosu i makrokosmosu). Wzdłuż tych linii energetycznych płyną siły kosmiczne, jak krew przepływa przez żyły i arterie. Ten nieustanny, indywidualny — ludzki, planetarny i słoneczny — obieg sił życiowych przez ciało eteryczne wszystkich form jest podstawą całego przejawianego życia i wyrazem istotnej nierozłączności wszech życia.

3. Ciała astralnego (kama śarira), czyli ciała życzeń (nazywanego czasami ciałem czuciowym), będącego wynikiem wzajemnego oddziaływania pragnień i emocjonalnej odpowiedzi na nie ja ośrodkowego: wynikły wskutek tego rezultat — w tym ciele astralnym — jest doświadczany jako uczucie, jako ból lub przyjemność oraz inne pary przeciwieństw. W tych dwu ciałach — eterycznym i astralnym — znajduje się 90 procent przyczyn chorób i cierpień.

4. Ciała mentalnego (manas) z substancji chitta (ćitta) lub umysłowych, którego jednostka ludzka może używać i na którym może odciskać wrażenia: tworzy ono czwarte ciało z serii narzędzi stojących do dyspozycji duszy. Równocześnie trzeba pamiętać, że te cztery ciała tworzą jeden mechanizm. Pięć procent wszystkich nowoczesnych chorób bierze początek w tym ciele lub w stanie świadomości. Chciałbym tutaj zakomunikować prawdę: stałe powtarzanie przez pewne szkoły leczących twierdzenia, że umysł jest przyczyną wszystkich chorób, nie jest jak dotąd faktem.

Za milion lat, gdy ognisko ludzkiej uwagi przesunie się z natury uczuciowej na umysłową i gdy człowiek będzie w istocie swej bardziej umysłowy, tak jak dzisiaj jest istotnie uczuciowy, będzie można poszukiwać przyczyn chorób w dziedzinie umysłowej. Dziś znajdujemy je (z wyjątkiem kilku rzadkich przypadków) w braku żywotności lub za wielkim jej pobudzaniem w dziedzinie uczuć i pragnień (poskramianych lub nadmiernie folgowanych) albo w mrocznych usposobieniach, w tłumieniu lub w wyrażaniu głęboko utajonych tęsknot, wypływających z życia uczuciowego jednostki. To zmusza przede wszystkim do posiadania i do budowania zewnętrznego aparatu odbiorczego i zniewala dzisiejszy mechanizm, który był skonstruowany w istocie do zadań fizycznych, by służył celom bardziej subiektywnym. Stwarza to znowu kłopoty i tylko wtedy, gdy człowiek zrozumie, że w jego zewnętrznej, fizycznej powłoce istnieją inne ciała, służące celom subtelniejszych odbiorów, zobaczymy ponowne stopniowe przystosowanie się i zdrowie ciała fizycznego. O tych delikatniejszych powłokach pomówimy później.

Zapytacie naturalnie, jaki jest ogólny plan, którego będę się trzymał, dając wam wskazówki o prawach leczenia, tych prawach, które prowadzą wtajemniczonych i muszą stopniowo zastąpić bardziej fizyczne metody dzisiejszej sztuki uzdrawiania. Wy, ma się rozumieć, również staracie się poznać specjalną technikę, której jako uzdrowiciele — musicie się nauczyć używać, zarówno na sobie samych, jak i na tych, których usiłujecie uzdrawiać. Krótko naszkicuję naukę, którą zamierzam podać, i wskażę, na co należy położyć nacisk, gdy zaczniecie studiować ten przedmiot.

Otóż zamierzam najpierw wspomnieć o przyczynach chorób, albowiem uczeń okultyzmu musi zawsze zacząć od świata przyczyn, a nie od świata skutków. Następnie opracuję siedem metod leczenia, które rządzą dziełem restytucji (jak się to nazywa w terminologii okultystycznej), praktykowanych przez wtajemniczonych świata. One określają technikę, której należy używać. Zauważycie, że te metody i technika są uzależnione od promieni (o których pisałem gdzie indziej) i że leczący musi wziąć pod uwagę nie tylko swój własny promień, lecz także promień pacjenta.

Jest przeto siedem metod zależnych od promieni, które wymagają objaśnienia, zanim mogą być rozumnie zastosowane. W trzecim punkcie położę nacisk na psychologiczne leczenie i na potrzebę współpracy z pacjentem w jego życiu wewnętrznym, podstawowe prawo będące podłożem każdego ezoterycznego leczenia może być bowiem ujęte następująco:

Prawo I

Każda choroba jest wynikiem zahamowanego życia Duszy (Wyższej Jaźni) i prawda ta dotyczy wszystkich form we wszystkich królestwach. Sztuka leczącego polega na takim zwolnieniu i odprężeniu Duszy, by jej życie mogło płynąć przez zespół organów tworzących poszczególną formę. Ciekawe jest, że usiłowanie wyzwolenia energii atomowej przez uczonych ma, ogólnie biorąc, taki sam charakter co praca ezoteryka starającego się o wyzwolenie energii duszy.

W tym uwalnianiu ukrywa się istota prawdziwej sztuki leczenia. Tu leży tajemna wskazówka. Na czwartym miejscu będziemy rozważać ciało fizyczne, jego choroby i dolegliwości, lecz tylko wtedy, gdy przestudiujemy tę część człowieka, która jest podstawą i podłożem oraz otacza gęste ciało fizyczne. W ten sposób przejdziemy od świata przyczyn wewnętrznych do świata zjawisk zewnętrznych. Zobaczymy, że wszystko to, co dotyczy zdrowia człowieka, bierze początek:

1. Z ogółu sił, uczuć, pragnień i występujących procesów myślowych, które charakteryzują trzy ciała subtelniejsze i określają życie i doświadczenie ciała fizycznego.

2. Z wpływu na ciało fizyczne całej ludzkości jako jednostki. Istota ludzka jest integralną częścią zbiorowości ludzkiej, organizmem w większym organizmie. Warunki istniejące w całości odbijają się w samej jednostce i wiele chorób, na które cierpi człowiek dzisiejszy, jest wynikiem działania okoliczności istniejących w czwartym królestwie przyrody jako całości.

3. Ze skutku działania na jego ciało fizyczne życia planetarnego, będącego wyrazem życia Logosu planetarnego, który jest ewoluującą Istotą. Włączanie się tej Istoty jest daleko poza naszą zdolnością spostrzegania, lecz skutki jego są widoczne. Nie mam zamiaru ćwiczyć głównie jednostek, by uczynić z nich skutecznych lekarzy. Dążę do lecznictwa grupowego i to jest praca dokonywana w układzie, który mnie obecnie najbardziej interesuje. Lecz żaden zespół ludzi nie może pracować jako zjednoczona całość, dopóki jeden nie kocha i nie służy drugiemu. Uzdrawiająca energia Hierarchii duchowej nie może przepływać przez grupę, jeśli istnieje w niej dysharmonia i krytycyzm.

Pierwszym przeto dziełem leczącego zespołu jest utrwalenie w sobie miłości oraz stworzenie jedności i wzajemnego zrozumienia. Chciałbym podkreślić tutaj potrzebę cierpliwości, konieczną w czasie łączenia się grupy, gdy aury jej członków poczynają się mieszać. Wymaga to trochę czasu, zanim ludzie nauczą się współpracować bezosobowo i w doskonałym zrozumieniu, a równocześnie dokonają w swej pracy scalenia się, zestrzelenia w jedno ognisko, wytwarzające niezbędny zespół w rytm takiej jedności i siły, który potrafi zsynchronizować wewnętrzne działanie.

Kandydaci i uczniowie pracujący w tym kierunku muszą ćwiczyć się w zbiorowym myśleniu i ofiarować zespołowi wszystko, co w nich jest najlepsze, a także owoc swej medytacji nad tymi sprawami. Mógłbym także dodać, że te wskazówki muszą być możliwie najbardziej zwięzłe. Spróbuję treściwie wyłożyć największą ilość prawd i wiadomości, dążąc do tego, aby każdemu zdaniu towarzyszyła jakaś realna myśl, rzucająca istotne światło na problemy, z którymi zetknie się leczący zespół.

To, co mam do powiedzenia będzie się dzielić na dwie części: pierwszą, w której zajmiemy się ogólnie pracą leczenia i nauczania, obejmującą podane przeze mnie wskazówki co do praw, techniki i metod, oraz drugą, w której zastanowimy się nad istotą duchowego lekarza, jego doskonaleniem się i sztuką leczenia. Pierwszym niezbędnym warunkiem, wymaganym od wszystkich lekarzy, jest współczujący stosunek do pacjenta, który umożliwi im wgląd w bóle i kłopoty i umocni zaufanie chorego. Podaję dwa słowa, które muszą wam ciągle towarzyszyć — magnetyzm i promieniowanie. Leczący musi być ponad wszystko inny magnetycznie i musi do siebie przyciągać:

a) siłę własnej duszy
b) tych, którym może pomóc, to pociąga za sobą postawę odśrodkową
c) te energie, które, w razie potrzeby, pobudzają pacjenta do pożądanej działalności.

To zakłada wiedzę tajemną i wyćwiczony umysł. Leczący musi również umieć promieniować, promieniowanie jego duszy daje bowiem impuls duszy chorego i proces leczenia jest wprowadzony w ruch. Promieniowanie ciała astralnego, opanowanego i nieegoistycznie nastawionego, narzuca rytm ruchom ciała astralnego pacjenta i umożliwia mu przedsięwzięcie odpowiedniej akcji, a promieniowanie ciała eterycznego, działające przez ośrodek śledziony pomaga zorganizować ciało życiowe chorego i w ten sposób ułatwia leczenie.

Lekarz przeto ma obowiązek pracować owocnie, a zależnie do tego, jaki jest on sam, taki będzie skutek jego oddziaływania na pacjenta. Gdy leczący wpływa magnetycznie i promieniuje siłami swej duszy na chorego, umożliwia mu łatwiejsze dojście do upragnionego celu, którym może być całkowite uzdrowienie lub też taki stan umysłu, który pogodzi pacjenta z życiem i jego bólami, nie przeszkadzając i nie przeciwstawiając się ograniczeniom fizycznym ciała. Może też ułatwić pacjentowi dokonanie (radosne i harmonijne) prawidłowego wyzwolenia się z ciała i przejścia przez bramę śmierci do całkowitego zdrowia.

Podstawowe przyczyny chorób

Jest to zagadnienie, z którym od wieków zmagała się praktyka lekarska. W naszej obecnie materialistycznej epoce zaszliśmy daleko w powierzchownym traktowaniu rzeczy i odbiegliśmy od częściowo prawidłowego punktu widzenia wcześniejszych wieków, w których uważano, iż choroba pochodzi od złych humorów zrodzonych i jątrzących we wnętrzu subiektywnego życia pacjenta.

W rozwoju wiedzy jesteśmy obecnie pod każdym względem po stronie zewnętrznej życia (zauważ, iż nie używam słowa powierzchownej), ale nadszedł czas, w którym wiedza może znowu powrócić do dziedziny subiektywnej i przemienić się w mądrość. Jesteśmy obecnie w przededniu rozpoznania — ze strony najlepszych umysłów zawodu medycznego i pokrewnych mu dziedzin, że w subiektywnej i niewidzialnej postawie umysłu, w uczuciach oraz w życiu zahamowanych lub nadmiernie folgowanych wrażeń zmysłowych i seksualnych należy poszukiwać przyczyn wszystkich chorób.

Na początku naszych studiów chciałbym zaznaczyć, że ostatecznej przyczyny choroby, nawet znanej dla mnie, nie bylibyście w stanie zrozumieć. Leży ona daleko wstecz, w historii odległej przeszłości naszej planety, w biegu życia planetarnego (w znaczeniu okultystycznym) i ma swe korzenie w tym, co się przeważnie nazywa złem kosmicznym. Jest to zupełnie pozbawiony sensu zwrot, lecz określa on symbolicznie właściwość świadomości pewnych niedoskonałych bogów. Biorąc za początkową przesłankę, że samo bóstwo pracuje dla doskonałości przechodzącej nasze zrozumienie, można wnioskować, że mogą istnieć dla samych bogów i dla Boga (jako życia w Systemie Słonecznym) pewne ograniczenia oraz pewne dziedziny i stany świadomości, które jeszcze oczekują opanowania. Te ograniczenia i względne niedoskonałości mogą powodować określone skutki w ciałach. Ich przejawów — w różnych planetach jako w wyrazach wielu Żyć i w systemie słonecznym jako wyrazie Żyda.

Przyjąwszy zatem hipotezę, że to zewnętrzne ciała Boskie, planety, są formami, przez które wyrażają się pewne bóstwa — można prawdziwie i logicznie wnioskować, że wszystkie życia i kształty w tych ciałach podlegają nieuchronnie ograniczeniom i niedoskonałościom, wypływającym z tych niezdobytych dziedzin świadomości i stanów dotychczas niezrozumianych przez bóstwo inkarnowane w kształt planetarny lub słoneczny. Przyjąwszy postulat, że każda forma jest cząstką jeszcze większej formy i że rzeczywiście żyjemy, poruszamy się i mamy swój byt w ciele Boga (jak to wyraził św. Paweł), my, jako integralna część czwartego królestwa natury, uczestniczymy w ogólnym ograniczeniu i niedoskonałości.

Wszystko ponad tę ogólną przesłankę przechodzi naszą zdolność pojmowania i wyrażania, bo ogólne umysłowe uzdolnienia przeciętnego kandydata i ucznia są niedostatecznie wystarczające do tego zadania. Co w istocie oznaczają takie wyrażenia jak: kosmiczne zło, boska niedoskonałość, ograniczony zakres świadomości, wolność czystego ducha, boski umysł, którymi tak swobodnie operują mistycznie i okultystycznie myśliciele tego czasu?

Czy tezy pewnych mistycznych szkół leczniczych dotyczące ostatecznej Boskiej doskonałości, sformułowania ich wiary w rzeczywistą wolność ludzkości od zwykłych chorób ciała, nie są często pięknie brzmiącymi frazesami wcielającymi ideał, a opartymi niejednokrotnie na egoistycznym pragnieniu? Czy nie tworzą one ostatecznie sądów w ich mistycznej plątaninie bez znaczenia? Jak może być inaczej, kiedy tylko człowiek doskonały ma istotne pojęcie tego, co tworzy Boskość? Z pewnością jest dla nas korzystniej, gdy przyjmiemy, iż człowiek nie ma możności poznania głęboko tkwiących przyczyn tego, co wypływa z ewolucji form życia.

Czyż nie jest mądrze stanąć wobec praw i faktów z dzisiejszym naszym rozumieniem i przyjąć, iż tak jak istnieje człowiek, który może wniknąć rozumniej w umysł Boga, niż to potrafi słabszy umysł zwierzęcia, tak samo istnieć może inny większy Umysł, działający w innych i wyższych królestwach natury, który zapewne zobaczy życie bardziej prawdziwie i dokładniej, niż to czyni rodzaj ludzki? Czy nie jest możliwe, że cel ewolucji (zarysowany i tak podkreślany przez człowieka) może w ostatecznej swej analizie być tylko częściowym fragmentem większego celu, niż on w swym ograniczonym umyśle jest zdolny pojąć.

Pełny zamiar, ukryty w umyśle Boga może być bardzo różny od tego, co człowiek dziś pojmuje, i kosmiczne dobro i zło, zredukowane do nazwy może całkowicie stracić swe znaczenie i być tylko widziane przez urojenie i ułudę, w które człowiek ubiera wszystkie rzeczy. Najpotężniejsze umysły tego wieku zaczynają dopiero spostrzegać pierwszy zamglony promień światła, przebijający ten mamiący pozór i służący przede wszystkim do odkrycia faktu istnienia iluzji. Przez rzucone w ten sposób światło, idąca śladem tego prawda może objawić się tym, którzy mają wyczekującą postawę i otwarty umysł: Samo Bóstwo jest na drodze do doskonałości.

Z tego twierdzenia można wyprowadzić wiele wniosków. Rozważając przyczyny chorób, stańmy na stanowisku, że podstawowa i ostateczna przyczyna kosmiczna leży poza granicą naszego pojmowania i że o tyle tylko wejdziemy w pewne zrozumienie ogólnie rozpowszechnionych chorób na naszej planecie, we wszystkich czterech królestwach przyrody, o ile królestwo Boga na ziemi odkryje się przed nami. Można jednakże postawić kilka zasadniczych tez, które będą w wyniku swym zgodne z rzeczywistością w sensie makrokosmicznym i mogą zrazu okazać się prawdziwe, jeśli zastosuje się je rozumnie do mikrokosmosu.

1. Każda choroba jest (jak ogólnie wiadomo) wywołana brakiem harmonii, a zatem dysharmonią (dyskordią) istniejącą między aspektem kształtu a życiem. To, co spaja formę i życie lub raczej, co jest skutkiem tego zamierzonego związku, nazywamy duszą —jaźnią, jeśli dotyczy ludzkości, a integralną zasadą, jeśli odnosi się do światów niższych. Choroba powstaje z braku równowagi między tymi czynnikami — duszą a formą życia i jego wyrazem, rzeczywistością subiektywną a obiektywną. Skutek tego — duch i materia nie są nawzajem swobodnie połączone. Jest to jeden sposób interpretacji prawa, a cała teza zamierza wyjaśnić to Prawo.

2. Ten brak harmonii, tworząc to, co nazywamy chorobą, przebiega przez wszystkie cztery królestwa natury, wywołując te warunki, które rodzą (w przypadku doskonale rozwiniętej wrażliwości) ból, kongestie, rozkład lub śmierć. Zastanówcie się nad tymi słowami: dysharmonią, choroba, ból, kongestia, rozkład, śmierć — opisują one bowiem ogólne właściwości rządzące świadomym życiem wszystkich form, zarówno makrokosmicznych, jak i mikrokosmicznych. Nie są one przyczynami.

3. Wszystkie te czynniki jednakże mogą być w swym wyniku uważane za oczyszczające i muszą być za takie uznane, jeśli ludzkość ma przyjąć prawidłową postawę względem choroby. O tym często zapomina fanatyczny uzdrowiciel i radykalny przedstawiciel idei, pojętej w sposób skończony i będącej przeważnie tylko częścią idei większej i wyższej.

4. Metody leczenia i ich technika łagodzenia bólu są właściwe ludzkości i wynikają z działalności umysłowej człowieka. Są wyrazem jego potencjalnej siły twórczej i oznaczają tego, który postępuje ku wolności. Wskazują one na wyróżniającą go zdolność odczuwania doskonałości, spostrzegania celu, a stąd pracę nad ostatecznym wyzwoleniem. Błąd jego w tym czasie polega na:

a) niezdolności pojmowania prawdziwego znaczenia bólu;
b) „niezadowoleniu z cierpienia”;
c) nie rozumieniu prawa nie przeciwstawiania się;
d) wyolbrzymianiu znaczenia formy w przyrodzie;
e) jego postawie względem śmierci i na uczuciu, iż usunięcie się z życia ze zmysłami postrzeganej formy, a w konsekwencji dezintegracji wskazuje klęskę.

5. Gdy ludzka myśl odwraca zwykłe pojęcie o chorobie i przyjmuje ją jako fakt w przyrodzie, człowiek zaczyna współpracować z prawem wyzwolenia, ze słuszną myślą prowadzącą do niesprzeciwiania się. Obecnie przez potęgę swej kierowniczej myśli i silny antagonizm względem choroby, zmierza on tylko do zwiększenia trudności. Gdy z powrotem skieruje swe myśli do prawdy i duszy, zło planu fizycznego zacznie zanikać. Zobaczymy to w dalszych studiach nad metodą wykorzenienia go. Choroba istnieje. Formy we wszystkich królestwach nie są zrównoważone z zamieszkującym je życiem i pełne są dysharmonii. Choroba, gnicie i tendencje do rozkładu istnieją wszędzie. Uważajcie — dobieram swe słowa z rozwagą.

6. Choroba nie jest przeto wynikiem fałszywej ludzkiej myśli. Istniała ona w niezliczonych kształtach życia na długo przed zjawieniem się rodziny ludzkiej na ziemi. Jeśli szukacie słownego wyrażenia i chcecie mówić w granicach ludzkiego umysłu, możecie powiedzieć z pewną dozą dokładności; Bóg, bóstwo planetarne poczuwa się do winy niewłaściwego myślenia. Lecz tym nie wyrazicie prawdy, tylko drobny ułamek przyczyny, tak jak ona przedstawia się waszemu słabemu i ograniczonemu umysłowi poprzez ułudę świata.

7. Z jednej strony choroba jest procesem wyzwolenia i wrogiem wszystkiego, co statyczne i krystalizujące się. Nie myślcie jednakże, że z tego, co powiedziałem, wynika, że przez to należy jej radośnie pożądać oraz witać ją i że proces śmierci powinien być ukochany. Gdyby tak było, kultywowalibyśmy chorobę i dawali nagrody za samobójstwo.

Szczęściem dla ludzkości, cały kierunek życia przeciwny jest chorobie i reakcja życia formy jest antytezą takiej myśli człowieka, wzbudzając w nim strach przed śmiercią. I to jest właściwe, albowiem instynkt samozachowawczy i utrzymanie jedności kształtu, jako żywotnej zasady materii, oraz dążność do przedłużenia życia w formie są jedną z największych, przez Boga danych nam, właściwości i trwać będą w dalszym ciągu. Lecz w rodzinie ludzkiej to musi ostatecznie ustąpić miejsca takiemu zwyczajowi w dziedzinie śmierci, który by uważał ją za zorganizowany i niewymuszony proces dla zachowania siły i dostarczenia duszy lepszego narzędzia przejawu.

Ludzkość do tej wolności czynu, jako całość, nie jest jeszcze przygotowana. Jednakże uczniowie i kandydaci powinni już teraz zacząć pojmować te nowe zasady istnienia. Instynkt samozachowawczy rządzi stosunkiem ducha do materii, życia do formy tak długo, jak Bóstwo samo chce się inkarnować w Swoim ciele przejawionym — planecie albo Systemie Słonecznym. W powyższym twierdzeniu podałem wam wzmiankę co do jednej z zasadniczych przyczyn chorób i wiecznej walki między uwięzionym duchem a wiążącą go formą. Waika ta używa jako metody tej wrodzonej właściwości, która się wyraża jako instynkt samozachowawczy i popęd do nieustannego istnienia, zarówno obecnej formy, jak i gatunku.

8. Tym wszystkim rządzi Prawo Przyczyny i Skutku zwane Karmą. Na Wschodzie Karmę należy uważać w rzeczywistości (w życiu formy naszej planety) za wynik przyczyn głęboko tkwiących i utajonych w umyśle Boga. Przyczyny, które możemy śledzić w związku z chorobą i śmiercią są w rzeczywistości tylko wykonaniem pewnych zasadniczych praw, które rządzą — właściwie lub mylnie, któż to powie? — Życiem Boga w formie i muszą zawsze zostać niezrozumiałe dla człowieka do czasu, aż otrzyma on wielkie wtajemniczenie usymbolizowane w Przemienieniu.

W ciągu całych naszych studiów będziemy mieć do czynienia z wtórnymi przyczynami i ich skutkami, ze zjawiskowym wynikiem tych subiektywnych rezultatów, które emanują z przyczyn dla nas za odległych, byśmy mogli je pojąć. To należy przyjąć i zrozumieć.

To jest najlepsze, co człowiek może uczynić ze swym aparatem umysłowym obecnie. Gdy intuicja działa rzadko, a umysł jest tylko niekiedy oświecony, jak może człowiek zuchwale oczekiwać zrozumienia wszystkiego? Niech pracuje nad rozwojem swojej intuicji i nad dostąpieniem oświecenia. Poznanie może wtedy przyjść swą drogą. Zyska wtedy prawo do boskiej wiedzy. Lecz prawa i zasady, które wskażą ludzkości drogę, nie uzyskania wyzwolenia ze świadomości formy i w konsekwencji przywilej zwycięstwa nad śmiercią i tymi warunkami choroby, które rządzą dziś naszym planetarnym przejawem.

Podzielimy rozważania nad przyczynami chorób na trzy części, wyłączając z naszego poszukiwania prawdy całkiem zrozumiałe, lecz równie próżne pragnienie pojęcia i uświadomienia sobie Umysłu Bóstwa. I. Przyczyny psychologiczne II. Przyczyny wypływające z życia zbiorowego III. Nasze karmiczne i długokarmiczne przyczyny. O tym wszystkim uzyskamy tylko ogólne pojęcie (iż to wszystko jest teraz możliwe), co do obecności choroby w ludzkiej rodzinie, a częściowo też i w królestwie zwierzęcym. Gdy pojmiemy tę ogólną myśl, otrzymamy jaśniejsze zrozumienie naszego problemu i będziemy mogli podążać w naszych rozważaniach naprzód nad metodami, które umożliwią nam łatwiejsze postępowanie z niepożądanymi skutkami.

Studiujący sztukę leczenia powinien również pamiętać, że istnieją trzy sposoby uzdrawiania i że wszystkie mają swój zakres i wartość w zależności miejsca na drodze ewolucji pacjenta, który ma być leczony. Pierwszy, to zastosowanie tych łagodzących środków i przynoszących poprawę metod, które stopniowo leczą chorobę i usuwają niepożądane warunki; one budują formę życiową i podtrzymują żywotność tak, że choroba może się cofnąć. Dobrym przykładem tych metod są szkoły allopatyczne, homeopatyczne, różne esteopatyczne oraz chiropraktyka i inne szkoły lecznicze. Dokonały one wiele dobrej i konstruktywnej pracy i wielki jest dług ludzkości względem wiedzy, zręczności i altruistycznej opieki lekarzy. Działają oni cały czas w gorączkowych warunkach i w niebezpiecznych skutkach, niewidzialnych na powierzchni przyczyn. Przy tych metodach pacjent jest poddawany zewnętrznie działającej stronie i powinien być bierny, spokojny i negatywny.

Przy drugim sposobie widzimy pracę i metody nowoczesnych psychologów, usiłujących działać na czynniki subiektywne i doprowadzić do porządku fałszywą postawę umysłową; te zahamowania, psychozy i kompleksy, które wywołują zewnętrzny stan niedomagań, chorobliwe warunki oraz nerwowe i umysłowe schorzenia. Przy tej metodzie uczy się pacjenta, o ile możności, współdziałania z psychologiem tak, iż pacjent jest w stanie dojść do właściwego zrozumienia siebie i uczy się wykorzeniać te wewnętrzne podniecające stany, odpowiedzialne za zewnętrzne skutki. Ćwiczy się go w postawie pozytywnej i aktywnej i to jest wielki krok we właściwym kierunku. Dążenie do połączenia metody psychologicznej z leczeniem zewnętrznym, fizycznym jest zdrowe i właściwe.

Trzeci sposób, to najwyższa i najnowsza metoda odwołująca się do pozytywnej działalności własnej duszy człowieka. Dokonuje się wtedy prawdziwego leczenia, które będzie stosowane w przyszłości, kiedy życie duszy popłynie bez przeszkód i oporu przez każdą cząstkę formy zewnętrznej. Może ono wtedy ożywiać ją swą siłą, usuwając te kongestie i przeszkody, które są tak skutecznym źródłem chorób. To da wam wiele do myślenia. Jeśli zaś pójdziemy powoli ze względu na zastosowanie techniczne i metody, to dlatego, iż usiłuję położyć zdrowe podstawy pod te wiadomości, których później wam udzielę.

Niniejszy materiał jest częścią programu edukacji w zakresie Leczenia Duchowego w Szkole Białej Magii. 

BO YIN RA

Księga Sztuki Królewskiej
Podręcznik Białej Magii

przełożył: Marceli Tarnowski; Łódź – Katowice – Warszawa 1923 

Podręcznik Białej Magii polecany wszystkim poważnie zainteresowanym studiowaniem i praktykowaniem Białej Magii od podstaw! Tekst uwspółcześniony dla łatwiejszego odczytania.

Spis Treści:

Do Poszukującego
Żniwo
Nieskończenie wielokrotna jedność
Poznaj samego siebie!
Droga ucznia
Zakończenie
Z Krainy świecących
Próg
Pytanie króla
Wędrówka
Połączenie
Wola radości
Do wszystkich, którzy dążą do światła
Nauka
Posłowie
———————

Do Poszukującego

bo_yin_ra_portretChcę prawić ci o Drodze, po której ja sam ongiś kroczyłem! Chcę ci ukazać drogę, na którą wkroczyć może ten jedynie, kto sam się staje „drogą”! Wędrowcem byłem na tej drodze i dążyłem do Światła, aż wreszcie tak się zbliżyłem do Słońca, a że się w niem pogrążył wędrowiec i droga. Zanim się opatrzyłem, stałem się sam sobie „drogą” i pomknąłem, jak strzała do celu, w płomienne słońce. I tak oto ja sam zjednoczyłem się ze słońcem, a wszystko, czym byłem przedtem, spłonęło w żarze.

Siebie samego trawię w ogniu jego światła – jakżebym miał nie pragnąć, aby wszystko, co dąży do światła, do słońca, stało się światłem i ogniem płomiennym! Wszystkie „słońca” goreją w tym samem świetle! Kto zapłonął jako „słońce”, jest ze wszystkimi słońcami w sobie samym zjednoczony. Nie wiesz, jakiego słońca światło przyświeca ci w moim świetle.

Nie narzucaj granic samowoli! W świetle znikają wszelkie granice. Szukaj światła w słońcach, a słońc w ich świetle! Kochaj światło we wszystkim, co świeci, o Poszukujący!

Jeśli chcesz zbliżyć się do światła, tedy zaniechaj oporu! Wszystko w tobie jest jeszcze oporem! Wszystko w tobie jest jeszcze mową, dlatego nie „słyszysz” nic! Wszystko w tobie jest jeszcze spojrzeniem, dlatego nie „widzisz” nic! Nakaż sobie samemu milczenie i przymknij oczy swe, ażeby wielka cisza dotrzeć mogła do ciebie! Tylko wśród ciszy nauczysz się wreszcie „widzieć”. Tylko w bezsłownej ciszy przemawia wieczyste „słowo”.

„Początek” płodzi „słowo” – „słowo” płodzi „światło”, i światło świeci w „słowie”, w najgłębszej ciszy wieczności, która jest dziś, jak była po wsze czasy. Nauka, którą tu otrzymujesz, nie wylęgła się w mózgach człowieczych. Jest ona nauką wieczności i nic nie ma wspólnego z owymi gmachami myśli, przez które człowiek ziemi pragnie osiągnąć niebo. Nauka, którą tu otrzymujesz, jest sama – słowem „słowa”… Wszyscy, którzy mogą dać ci tę naukę, są w „słowie” zjednoczeni wiedzą i świadomością. Gdy nauczają, nauczają rozpoznawania siebie samego w „słowie”, a przez „słowo” tworzą ład w chaosie złud i omamów, tłoczących się w wiecznym ruchu tego, co zwie się „materią”. Lecz w tobie jest jeszcze tysiąc sprzeciwów, walczących z tysiącem innych.

Jeszcze nie jesteś wolny. Jeszcze nie posiadasz bezwolnej woli dążenia za mną po ścieżce do światła. Jeżeli dążysz do światła, musisz się nauczyć „wierzyć”! „Wierzyć” znaczy to: kształtować siłę, aby zbudzić siłę wyższą. Same już słowa wiary mogą być siłami, ale nie chcę, abyś „wierzył” samymi słowami. „Wiara” jest „wolą”! Jaka jest „wiara” twoja, takie są twoje siły! Jaka jest „wiara” twoja, tak będzie ci się działo… Tylko własna twa siła wyzwala owe wyższe, pomocne siły.

Jeśli pragniesz się „modlić”, tedy proś w sobie o „skrzydła”! Słysz, istnieją skrzydła, co wyżej niosą, niżeli orle lotki! Istnieją skrzydła, co poniosą cię ponad wszystkie gwiazdy. O takie skrzydła proś, jeśli pragniesz się „modlić”! Każda inna „modlitwa” jest bluźnierstwem. Kto prosi o te skrzydła, będą mu dane. Kto chce latać, temu wyrosną lotki. Już podczas „modlitwy” będzie „wzniesiony”…

A teraz, o Poszukujący, zburz bożki fałszywe, jeśli chcesz zbliżyć się do wieczności w swym Bogu Żywym (hebr. El Hay)! Szukaj w sobie swego Boga! W tobie samym tylko może się on jako twój Bóg narodzić. Nie będziesz służył innemu Bogu!

Słuchaj prastarych, błędnie tłumaczonych słów! Słuchaj ich w nowym rozumieniu! Słuchaj z drżącym sercem: „Jam jest twój władca!” powiada Bóg twój… „Nie będziesz szukał jakiś bożków!” „Nie będziesz tworzył sobie obrazów, czyniąc z nich Boga swego!” Tutaj, o Poszukujący, odnajdziesz w sobie początek i koniec prawdy! Kto pojął tu, co pojąć należało, ten się na drodze swej więcej nie potknie. Lecz słowo człowiecze może tu jeno błąd i pomieszanie stworzyć, i dlatego kończę swą mowę! Gdy kiedyś odnajdziesz sam w sobie to, czego dziś na próżno szukasz w zewnętrzności, wówczas dopiero zrozumiesz, co chciały ci obwieścić słowa zamierzchłej przeszłości.
———————–

Żniwo

Rzućmy zasłonę na wszystkie słowa, które w nowym świecie służą nam do wypowiadania się. Tak będzie lepiej… Wiele jest jeszcze rzeczy, które oszczędzić nam należy, a które musielibyśmy wypielić, gdybyśmy chcieli wśród „słów mędrców” oddzielić fałszywe od prawdziwych. „Młodsi” bracia nasi, którzy z tej czy innej wieści zasłyszeli o nas, liczą mniejszymi okresami czasu, niżeli my. I w dobrej wierze uważają się za powołanych do pomagania w dziele, które my czynić musimy, bowiem dla nich powstawanie jego zbyt jest przewlekłe. Jakże by im się w ich gwałtowności nie podobało tempo naszego działania, gdyby się mogli domyśleć, że zaledwie zaczęliśmy to, co im wydaje się już z dawna dokonanym!

Siejemy tylko ziarno na zaoraną rolę. Od was zależy, czy zakiełkuje ziarno… Baczcie, abyście bronili łakomemu ptactwu pożerać ziarenka, zanim wzrosną korzenie i źdźbła! Strzeżcie tego, co wam powierzono! Wielu przesiadywać musi w ciemności, wielu musi mieszkać w cieniu, bowiem dni są ciemne – pożerają światło. Ale tym, co i w nocy czuwają, zaświeci „słońce” na niebie północnym. Do tych przyjdą biało odziani „pasterze” i świętą grą na fletni ich trzody zbiorą… A wówczas każdy, kto pragnie przewodu, znajdzie przewodnika, a przewodnik powiedzie ich przez „wrota spiżowe” i przez „drogę pustynną” na wyże „świętych gór”, na wyżyny Himavatu. Tam zatonęło „słońce” w świetle, a „ziemia” utraciła swój ciężar. Tam jest „niebo” wieczną głownią ognistą, a „gwiazdy” płoną w jego świetle.

Wszystko, co dojrzało do zapłonięcia, w ogniu tym staje się ogniem i wieczystym światłem. Ale wiele jeszcze jest zielone i nasiąkłe wodą – nadmiarem myśli. I tak oto opiera się płomieniowi, więdnie i gnije… Spokojnie wyczekują wieczni Ojcowie „mistrzów na ziemi” pożywienia dla ognia. I zapalają roje gwiazd od wiecznego żaru. Słysz! – Spłonąć, rozżarzyć się, świecić lub też zgnić – jedno albo drugie jest twym przeznaczeniem! Jeśli chcesz mu się umknąć, tedy zwodzi cię własna głupota. Tylko wybór spoczywa w twym ręku!

Kto własne swe mniemanie poważa stawiać na równi z wieczystą mądrością boską, ten staje na drodze czynu, który mamy do spełnienia na ziemi. Bluźni on duchowi, oświetlającemu ziemię, jeśli myśli swe, zrodzone z prochu, stawia na miejscu „słowa”! Zanim powstały światy, było „słowo”, i w niem świeci poznanie „słowa”! Nie przez myślenie osiągnąć może człowiek to poznanie, bowiem myśl jest najlichszym ze sług „słowa”. Kto chce zawsze otrzymywać świetlany dar pana, niechaj nakaże słudze milczenie!

Czynimy dzieło dalekiego „Wschodu”, dzieło świecącego dnia wieczności! Otwierać mamy dusze dla żywego światła. Kto szuka „przewodu”, który nikogo nie wiedzie na manowce, niechaj zachowa słowa nasze w sercu. My zaś będziemy mu po wszystkie czasy bliscy duchem! Na ziemi tej zrodziliśmy się na czynnych Braci „Synów światła”. Przez nas ma się światło wieczności stać poznawalnym dla człowieka ziemi tej, nie oślepiając oczu jego. Podobnie wam żyjemy cieleśnie, ale zarazem przeżywamy życie wieczności…

Kto prowadzony jest poprzez wąską ścieżkę, wiodącą do naszego „królestwa” w duchu, ten kroczy naprzeciw własnemu życiu wieczności. Powiedziemy go do „gwiazd” wieczności, które – zrodzone z prawdziwego światła – są jednym z nami, powiedziemy go w świetle, które istnieje od prapoczątku i nigdy zagasnąć nie może. Niewielu bardzo jest nas, którzy przez wolę swą zdobywamy i zachowujemy na ziemi tę jedność światła duchowego. Lecz wielu jest nas razem z owymi, co przed nami nosili to „brzemię”, z owymi, co po nas nosić je będą. Nie dzieli nas „rasa” ani „narodowość”, mowa ani granice geograficzne, oddalenie w czasie ani przestrzeni. W sobie samych uwielbiamy to, co chce się przez nas objawić…

Wyrzekliśmy się pragnienia, aby być czym innym, jak objawieniem w świecie widzialności. Nie przymuszaliśmy siebie, aby się „stać” tym, czym jesteśmy. Każdy z nas z trwogą wspomina ów dzień, co przyniósł mu wiedzę i jarzmo, które musi dźwigać… Gdzie tylko żyje jeden z nas, tam posiada „Bractwo na ziemi” świątynię ducha. Żaden z nas nie daje w swych słowach własnej nauki. W słowach każdego z czyniących mówią wszyscy czyniący Praświatła w wieczności. Na próżno będziecie usiłowali odróżnić jednego z nas od jego Braci! Żadnego z nas nie można tu „zabić”, niszcząc jego ciało, bowiem w królestwie ducha żyjemy wszyscy wzajem w sobie, przenikając jeden drugiego, zjednoczeni jeden ze wszystkimi, bez względu na to, czy korzystamy jeszcze z ciała ziemskiego, czy też opuściliśmy je już.

Jesteśmy ponad myśleniem i patrzeniem, bowiem znaleźliśmy Królestwo najprostszego poznawania, Krainę Rzeczywistości. Tam „żyjemy” i stamtąd działamy, nawet gdy ciała nasze dzielą tysiące mil. Kto znalazł dostęp duchowy do kogoś z naszego kręgu, ten wkroczył na ziemi do świątyni ducha. Chcemy dosięgnąć serc ludzi, ażeby serca ludzi odnalazły ścieżkę do ducha. Wyborem zaś kieruje prawo, które jest ponad wszelką samowolą. I żaden z nas nie może do woli przyjmować do świątyni każdego, kto do niej dotrze. Strumień musi być bliski morza, aby mógł dźwigać na sobie morskie okręty. Każdy, kto przychodzi do nas, doznać może pomocy i przewodu – atoli „święcenia” otrzymać może ten tylko, kogo prawo do tego przeznaczyło. 

——————

Nieskończenie wielokrotna Jedność

Dalecy jesteśmy od tego, aby odsłaniać zbożną mądrość, której kapłanami jesteśmy, pożądliwym oczom czelnej ciekawości. Dajemy wszystko, co wolno nam dawać. – Dzisiaj jest to więcej, niż wolno było dawać naszym Braciom w przeszłości! Ale w pokorze chylimy czoła przed prawem ducha. Wał ochronny milczenia rozciągnięty został przed ostateczną tajemnicą, bowiem prawo chce tak – a nie, iż my tak chcemy. I tak oto musimy sami zacierać w umysłach to, co w różnych czasach podstępnie zdobyli niepowołani, i zmuszeni jesteśmy wówczas wznosić mur milczenia wyżej jeszcze. Dano wam wiele, co nie należało do tych, którzy wam to dawali…

Budząc się, poznawajcie, jak umie prawo ducha niszczyć takie dary! Tylko to, co przez nas jest dane, uznaje prawo ducha za swe dzieło! Nie wierzcie, abyście na Wschodzie, bodaj nawet na stokach Himavatu – tam gdzie „łabędzie” najświętszych stawów świątyni pobudowały swe gniazda – mogli się zbliżyć do zbożnej mądrości duchowego „Wschodu”! Nie wszystko, co pochodzi ze Wschodu, jest światłem ze światła „Wschodu”. Wieje też ze Wschodu suchy wicher jałowej spekulacji i wiatr gorączkowy pustego zabobonu… Największa głupota i najwyższa mądrość znajdują się na Wschodzie. Atoli światło z dalekiego „Wschodu” ducha jest wieczystą, kosmiczną mądrością! Potrafi ono dosięgnąć każdego, kto może je przyjąć, bez względu na to, z jakiego pochodzi narodu.

Szukajcie, a – znajdziecie! – Ale nie szukajcie w świecie zewnętrznym! Strzeżcie światła, które oto na nowo zapalamy w sercach Krainy Zachodu – bowiem ono jest: światłem z dalekiego „Wschodu” ducha! Światło, które wiecznie było i wiecznie będzie, świeci wprawdzie dla wszystkich w ciemnościach, ale śniący w mroku nie poznają go. Bacz, oto ty sam jesteś jeszcze – swym snem – ty, który masz sam siebie w „Praświetle” jako światło poznać! Nigdy nie byłeś istotnie w ciemności, bowiem to, co mógłbyś był tak nazywać, nie ma bytu w prawdzie twego ducha. Byłeś światłem od prapoczątku, który nigdy nie „był”, lecz wiecznie „jest”! Świecić masz w sobie samym, iżbyś poznał pełnię swego światła, i zbudzić się masz ze snu ciemności!

Dziś jesteś jeszcze niewolnikiem snu. Może jutro już zbudzisz się, a dzień twój będzie wieczny… I „noc” nie ograbi cię już z pełni twego światła. Z wyboru własnej woli – przez swoją wiarę w „noc” – stałeś się snem ciemności! Oto masz mrok rozjaśnić swym światłem, iżby się dzień stał w tobie, a sen twój dobiegł końca. Strzeż się przed snami swymi, albowiem duchy twego snu są despotyczne i żądne władzy! Łatwo się może stać, iż przetrzymają cię one we śnie dłużej, a wówczas prześpisz dzień swój i czekać będziesz musiał nowego dnia. Szukasz jeszcze we śnie, w pustej nicości, nad chmurami Jedynego, który tylko w wielu się objawia.

Bacz, mieszka on już w tobie i powiada: „Jestem pośrodku was, ale wy słowa mego nie słyszycie, albowiem głos mój cichy jest, niby daleki ptaków zew!” Naucz się odróżniać świat wyobrażeń od rzeczywistości w świecie! Wyobrażenie trzeba ci przezwyciężyć, a nie rzeczywistość! Zbudź w sobie prostotę dziecka, jeśli chcesz znaleźć to, co duchowe! Unikaj wszelkiej myślowej „mądrości”! Uciekaj od świata, opartego jedynie na myśleniu! Porzuć świat, który żyje jeno głową! Oto jest „wielkie wyrzeczenie się”! Oto początek kroczenia po ścieżce, na której wędrowiec sam staje się rzeczywistością w prawdzie!

W świętym porządku włada prawo! Jeśli światło wieczności dosięgnąć ma kiedyś serc ludzi, tedy musi pierwej przyjąć barwę ziemi… Dlatego tylko jesteśmy świecącymi światła, że światło przysposobiło nas do tego, aby nabierało w nas barwy ziemi. Zawierzaj zawsze „świecącemu”, który ci się stanie „przewodnikiem”, lecz miłuj w nim tylko światło, które, przenikając go, zbliżyć się chce do ciebie! Uwolnij duszę swą od wszelkiego obrazu form śmiertelnych, jeśli chcesz znaleźć Jedynego, który się w nieskończonej wielokrotności objawia! To, co działać chce w tobie, to nie człowiek, przez którego poznawalnymi się stają dla ciebie promienie światła. Jeżeli zwiesz go „mistrzem”, tedy wiedz, iż jest on tylko mistrzem jasnego świecenia, ale nie „światłem” samem!

Kto macając w ciemnościach pożąda przewodu, niechaj szuka w sobie nade wszystko tego jedynego, co „mistrza” każdego czyni dopiero „mistrzem” – złocistej iskry wieczności… Znaleźć ją może jedynie, szukając w sobie samym, wewnątrz jaźni.

Jesteśmy tym, czym jesteśmy, po to jeno, aby wam pomagać. Niczego innego nie żąda od nas prawo. Zbudzić w was mamy siły, które wyrwą serca wasze z ciemności. Wieść was mamy do was samych… Zapalić mamy w was Boski Płomień, wieczyście świecący. Rozbudzić mamy w was „słowo” (AUM). – Ale w ten sposób pomagać możemy jeno temu, kto pragnie naszej pomocy… Bezsilni jesteśmy, ilekroć nie wierzycie niezachwianie, iż taka pomoc od nas jest możliwa. Poza tym jesteśmy ludźmi ziemi, nie wolnymi od „błędów”. Działamy jako ludzie ziemi, którzy już w życiu ziemskim znaleźli Królestwo Ducha i umieją z niego działać.

W pokorze wiemy – a wiedza ta oparta jest na pewności – iż jedna tylko istnieje „doskonałość”, do której dąży wszelkie życie – a to, co nazywamy „życiem”, jest tylko tym dążeniem. Gdyby „doskonałość” była osiągalna, tedy przy osiągnięciu jej kończyć musiałoby się wszelkie „życie”, a tylko jej nieosiągalność stwarza po wszystkie wieki coraz nową, wieczną podstawę życia. „Doskonałą” jest tylko owa nieskończenie wielokrotna Jedność, która się w niezliczonych ukształtowaniach wieczyście na nowo jako siebie samą prze-żywa…

——————

Poznaj samego siebie! Nie wierz błędnym marzycielom, kiedy ci powiadają: – Każdy, kto potrafi, może się kiedyś stać „mistrzem”! „Mistrz” rodzi się już na tę ziemię jako mistrz, a kto się mistrzem nie zrodził, ten nigdy mistrzem „stać się” nie może. Wielu jest ludzi, co chętnie wierzą każdej obiecance, jeśli tylko głaszcze ich próżność. Atoli nie osiągną oni więcej, jeno zburzenie własnej kolei życia. Nie szukajcie tego, co samo was nie szuka!

Na drodze do ducha po wsze czasy nakazana jest każdemu wędrowcowi największa ostrożność. Ludzie, którym natura zdradzić chce swe tajemnice, są tak rzadcy, iż najbutniejsza tylko zarozumiałość żywić może przekonanie, iż się należy do tej znikomo małej garstki. Wysocy „Ojcowie” Praświatła wiedzą, komu mogą zaufać i komu mają przez „guru” oddawać swe siły. Kto istotnie należy do tej nielicznej garstki, wie o tym wówczas dopiero, gdy dane mu są moce jego działania. Nigdy nie wymarzył sobie sam swego zadania. W duchu był on dojrzały, zanim się narodził, a gdy osiągnął „swój czas”, odnaleźli go „Ojcowie” w Praświetle, jako dojrzały owoc. Może szukał już przedtem mądrości, a nie chciał posiąść tylko „magii”. Może szukał w pokorze Przewodnika, ale nie pragnął z pewnością „święcenia”, które się stało jego udziałem. I tak oto „stał się” tym, czym był od urodzenia, nie przeczuwając tego…

Władza nad siłami okultywnemi (charyzmatami, siddhi) nie jest nigdy zewnętrzną oznaką „mistrza”. Słyszeliście, iż istnieją środki i drogi do osiągnięcia takich sił. Zaiste, lepiej by było, abyście nic o takich rzeczach nie wiedzieli. Dla większości ludzi, którzy dążyli do tego, stały się moce owe haczykiem u wędki. I wiele sił utracić musieli w tych sidłach. Kto ma nad mocami tymi jako powołany panować, tego przez długie lata przygotowań naucza powołany panowania nad niemi. A i wówczas jeszcze mogą mu się one stać przyczyną zguby.

Kto posiada Moc Panowania nad tymi siłami okultywnemi, ten obowiązany jest stale potęgi swej używać, a moc ta mści się straszliwie, jeśli wola raz choćby zawiedzie… Jedna chwila zwłoki lub zwątpienia we magiczną moc, a wszystkie te siły, które potęga twa umie skierować ku dobremu, odwrócić się mogą na złe, pociągając nieobliczalne skutki. Szaleństwo i śmierć tajemnicza nie są jeszcze najstraszliwszymi następstwami, które z tego mogą wyniknąć. Wina zaś spada na tego, kto oddał moc taką w ręce, nie stworzone do władania nią. Prawdziwy „Mistrz” nie obarczy się taką winą.

Gdy kiedykolwiek „mistrz” jaki staje się „guru” człowieka żyjącego na ziemi, a ten jego „Synem” duchowym, tedy musi to być człowiek, który przedtem już „umarł” był dla woli ziemi, a żyje jeno dla woli ducha, w której się na nowo „narodził”. I jedyne, co może wówczas „mistrz” czynić, to, iż kieruje on z ducha człowiekiem, nakazując mu dokonywać woli ducha. Ziemia jest wówczas dla „Syna” duchowego polem pracy, a jedynie królestwo woli duchowej uznaje on za swą prawą ojczyznę. Atoli siła woli duchowej jest nieskończenie wyższą od wszelkich sztuk „okultywnych”.

Kto dąży jeszcze do sił „okultywnych” przez zewnętrzne „ćwiczenie”, popada w mroczną krainę zgubnych pragnień… Magia w najwyższym sensie, Sztuka Królewska prawdziwych wtajemniczonych wszech czasów, z krainą tą nic nie ma wspólnego. Prawdziwa moc cudowna „Sztuki Królewskiej” jest tylko wiecznie niezwyciężoną siłą woli ducha. Atoli człowiek może w sobie samym posiąść tę wolę wiecznego ducha, gdy tylko wyrzeknie się nieodwołalnie woli ziemi. Kto chce się wyzbyć w sobie „woli ziemi”, niechaj nie sądzi, iżby musiał na to wyrzec się ziemi.

„Zaprzeczenie świata” jest głupotą! „Zaprzeczenie świata” jest narkotykiem słabych dusz. Właśnie przez „zaprzeczenie świata” będziesz najczęściej skuty z „wolą ziemi” bowiem to, co każe ci „zaprzeczać” świat, to zawsze niezaspokojona „wola ziemi”, a nie zwycięsko potężna wola ducha, której wszystko musi służyć i której nic przeciwstawić się nie zdoła. Równie głupimi są wszyscy wzgardziciele JA/ŹNI, bowiem nie wiedzą oni, czym gardzą. Jeśli powiadają do ciebie: „Pokonaj w sobie swe JA!” – radzą ci źle. Zgaś JA, a wszystko zgaśnie, gdyż wszelki byt i wszelkie zjawisko dostrzegalne jest tylko przez JA, dla JA. Nie możesz zgasić swojego JA, nawet gdy dążysz ze wszystkich sił do nie-JA, popadając w złudzenie, iż wyrzekasz się swego JA. Wieczne jest owo Pra-Ja, które cię wiecznie ze siebie jako JA płodzi!

Powiedz tym, co twierdzą, iż JA jest w nich zgaszone: – „Nie wy staliście się nie-JA (Anatman), ale głupota wasza wierzy w ten fałsz waszego złudzenia!” „Uciskacie wprawdzie to, co jest w was JA, ale nie możecie JA zabić!” „Błędnie pojęliście słowa Mędrca, bowiem Mędrzec jest do głębi swym JA!” „Wszystko w nim podwładne jest jego JA”. „Zaś wyrzec się macie jedynie naleciałości!”

Z Prawieczności jesteś JA, o Poszukujący, nawet jeśli nie rozpoznajesz jeszcze swej identyczności w biegu okrężnym wieczystej spirali. Wszystko, prócz JA, jest przemijającą „naleciałością”. Bronisz jeszcze „naleciałości”, jak gdyby była to twa własność. Ale wszystko, co jest naleciałością, znów od ciebie odleci i niezliczone już razy odlatywało od ciebie – lecz ty nie dostrzegałeś tego! Własne twe ciało jest tylko naleciałością w tym świecie naleciałości.

Atoli ty jesteś JA – zaś JA jest jednorakie, wieczyste i niezniszczalne w każdej emanacji! JA jest niewyjaśnione, bowiem JA jest „światłem w sobie” i doskonałą jasnością. JA płodzone jest wiecznie jako pra-JA! Nie inaczej poznawany jest, nie inaczej kochany „guru”, „Ojciec”, nie inaczej „Praświatło”, jeno przez JA… Atoli tym jesteś i ty, o Poszukujący – ty zawsze jedyne JA, jeśli chcesz tylko wyzbyć się wszystkiego, co jest w tobie naleciałością!

Nie szukaj „na zewnątrz”, Poszukujący, tego, co żyje we wnętrzu! Nigdy nie znajdziesz zewnątrz siebie tego, czego nie znalazłeś we „wnętrzu”, w sobie. Zachowaj swą trzeźwość duchową! W trzeźwej wierze, bez „marzycielstwa” i „mistycyzmu”, najrychlej znajdziesz pewność ostateczną. Im bardziej wzrastać będzie twa pewność, tym jaśniej odczuwać będziesz w sobie wolę ducha.

———————

Droga Ucznia (Czela)

Stoisz oto przed świętą furtą i umiesz już „pukać”. Atoli kto „zapuka”, będzie mu otworzone, jeżeli poda „prawdziwe znaki”. Lecz jakże masz znaleźć wysoką Społeczność, nie szukając „na zewnątrz”. O Poszukujący! – Ta duchowa gromada przewodników bardzo jest blisko ciebie – ale twoje czucie nie jest jeszcze rozbudzone… Działa ona w tobie, w sobie jesteś z nią związany nie przeczuwając nawet śladu tego związku. Wie o niej każdy, kto się pogrąży we najwewnętrzniejszą głębię.

Mógłbyś długie dni i noce spędzić w jednym domu z „mistrzem”, a jednak trudno ci będzie rozpoznać go jako „mistrza”, albowiem jedyny Mistrz, którego „pochodniami” są jeno wszyscy „mistrze” tej ziemi, dobrze poukrywał znaki, które by ich czyniły poznawalnymi. Nie ukrywają oni przed wami tego, czym są w istocie. Że działają oni istotnie, poznacie, wędrując po drogach, które wam oni ukazują.

Jeśli patrząc zbliżyć się chcesz do tej wysokiej Społeczności, tedy bacz, aby osiągnąć w sobie samym ten stan, w którym żyją ci mistrze o „jednakim oku”. Nie wcześniej przejmiesz w sobie ich wieść, jak w owym dniu, w którym osiągniesz po raz pierwszy najwewnętrzniejszą, bezwolną ciszę, pełną pewności, pełną ufnej beztrwogi. Atoli wypróbuj siebie samego, abyś nie przyjął złud swoich snów za prawdę i rzeczywistość! Na początku niełatwo jest odróżnić, co pochodzi z własnych marzeń, a co jest głosem duchowego przyjaciela. Ale wnet nauczysz się odczuwać tę różnicę, jeśli istotnie prawdziwy „guru” nauczać cię będzie duchowo. Z wpływu jego promieniuje wówczas czystość i wolność, jakiej nigdy nie mogłoby ci dać własne twe marzenie. Ale strzeż się próżnych pytań! „Guru” nie jest „wyrocznią”! Rzadko posiada on wiedzę ziemską, a nigdy nie będzie ci jej w nadzmysłowy sposób udzielał. Chce on tylko dać ci duchową pewność w sprawach ducha, a duszę twą uwolnić z kajdan ciemności. To może on uczynić, bowiem zna „kanały”, łączące wszystko duchowe. Ze swego ducha posyła on twemu duchowi ukształtowane siły, które niosą ci światło i jasność. Usiłuje on dopomóc ci – w odkryciu siebie samego.

Cisza musi być w tobie i nadsłuchiwać musisz do wnętrza, jeśli chcesz się nauczyć poznawać „guru”, który może usiłuje przewodzić ci. Atoli sam tylko spokój zewnętrzny mało ci będzie przydatny. Dusza (Jaźń) twa musi być niby staw, chroniony od wichru; wolna od najlżejszej nawet fali. I musisz czuć się tak, jak gdybyś słuchał najzaufańszego przyjaciela! Może przywykłeś już do wyobrażenia, iż „mistrze”, których zwie się „lwami ciszy”, są bezczynnymi marzycielami, jogami wątpliwego pokroju, jakich się widuje na rynkach.

Wierzysz może, iż ci jasnoocy są kapłanami tajemnych kultów w woniejących kadzidłami, tajemniczych kryptach. Gdy, o Poszukujący, wpadniesz na trop prawdy, nie daj się zwieść kuglarskim sztuczkom swej wybujałej wyobraźni! Wiedz, iż pośród „mistrzów” są mistrze miecza! Wiedz, iż inni kierują losami wielkich krajów! Jedni kultywują wysokie sztuki, inni wysokie nauki, a jeszcze inni stronią od wszelkiej uczoności i wszelkiej sztuki. Jedni żyją w ogromnych miastach, pośrodku rozgwaru świata, inni mieszkają w dalekiej, niedostępnej samotności. Lecz wszyscy słuchają tego samego wołania, które ich „powołało”.

Niewiele może odpowiadałoby twym wyobrażeniom o mistrzach siedmiu wrót, gdybyś mógł kogoś z nich rozpoznać pod jego ziemską zasłoną. Ale „zewnętrzne” jest dla mędrca pozorem, a wszelki pozór jest złudny. Czego naucza „mistrz” z zewnątrz, co mówi i pisze, może się stać wprawdzie dla ciebie bodźcem do poważnego poszukiwania prawdy, ale duchowej mądrości, którą ma on do oddania, „światła z Himavatu”, inaczej się naucza…

Światło Wieczności jest zaprawdę głębiej ugruntowane, niż po ludzku przemijające, zmienne nauki mądrości i ich szkoły. Nie możesz pierwej przebywać w głębinach swego wnętrza z „kamieniami wielkiego muru”, aż przywykniesz oddychać z łatwością i swobodą powietrzem tego muru, wysoko ponad dziełami świata i mądrością dnia powszedniego. A wszelako nie wolno ci zapominać, że i „mistrze” tej ziemi są zwykłymi ludźmi – ludźmi, co wprawdzie dobrze zdają sobie sprawę ze swego stanowiska we wszechświecie duchowym, ale tym niemniej wiedzą, iż są tylko ludźmi – którzy chcą wiecznie ludźmi pozostać wśród wiecznych ludzi. Nie wcześniej poznasz ich duchowo i nauczysz się ich pojmować, aż sam w sobie odczujesz podobny stan.

Atoli, jako ton harfy współdźwięczy ze wszystkimi harfami na sali, gdy dłoń artysty dotknie struny jednej tylko harfy, tak i Święte Dźwięki brzmią jasno dla każdego, kto został „przyjęty”, jeśli tylko osiągnął on w sobie samym „strój” harf ze świętych gór. Twój stan wewnętrzny jest „kluczem”, który otworzy ci furtę do tajemnego zboru. Nic nie może być przed tobą przemilczane, nic nie będzie ukryte dla ciebie, kiedy posiądziesz tego rodzaju „klucz”. Ale nie usiłuj słyszeć w sobie dźwięków, widzieć obrazów, przejmować słów tak, jak gdyby mówione one były do ciebie z zewnątrz.

Wielu ludzi wierzyło, iż znajdują się z „mistrzami” w takim związku, jak z wiernymi gnomami, i sami tworzyli sobie jeno swoich mistrzów. Podobnie „materializacja” postaci fakira przez działające na jawie „medium” spirytystyczne (channeling) nie jest „mistrzem”, a to, co takie „medium” pisze, nie jest nigdy inspirowane przez „mistrza”. Wszystko to jest w najwyższym stopniu złudne i oddala cię od prawdy! Świecący Praświatła nigdy się takimi środkami nie posiłkują.

Nie szukaj niczego prócz stanu najgłębszej, bezwolnie ufnej ciszy! W tym samym stopniu, w jakim zbliżysz się do tego stanu, zbliżysz się do tych, co wraz z tobą prowadzeni są po drodze do prawdy. Nie szukaj w duchowym zmroku marzeń dnia przeczuwanych towarzyszów! Możesz tylko mieć udział w ich sile, ich samych natomiast zna tylko ten, czyimi uczniami są oni, podobnie jak ty. Nie „szperaj” i bądź stale świadom rzetelnego napięcia wszystkich swych wewnętrznych zdolności! Ani na chwilę nie wolno ci tracić siebie samego z oka duszy! Mógłbyś bowiem zboczyć ze swej „drogi” i po długim czasie dopiero przekonałbyś się, iż nie jesteś już na drodze…

Jeśli zaś istotnie należeć masz do tych, dla których dziś już bliski jest dzień promiennego poznania, tedy pod przewodem „Guru” nauczysz się wnet unikać wszelkich niebezpieczeństw. Będziesz wówczas wkrótce sam sobie w pełnej jasności świecił. Ale dzisiaj niechaj twa troska nie kieruje się na ów dzień. Nie wiesz, kiedy jest on ci przeznaczony, i nikt nie wie tego! Jesteś sam swoim „czasem” i musisz „czas” swój dopełnić!

Niechaj ci wystarcza słowo „Guru”: „Kiedy się czas dopełni, nadejdzie dla cię dokonanie!” Wszelka niecierpliwość szkodzi tylko twemu dziełu i odwleka je. Wieczny jesteś i twoją jest wieczność! Czekaj cierpliwie! Wyzbądź się „naleciałości”! Twoim obowiązkiem jest tylko dobrze niemi rządzić; nie jest to twoja „własność”. Dąż co dnia, co godzina do wysokiego stanu wewnętrznej ciszy, pełnej wierzącego zaufania, i zawsze wolnej od wszelakiej trwogi. Tak osiągniesz niechybnie pewność wewnętrzną. A jeśli jesteś istotnie jednym z tych, co mogą się stać uczniami „mistrza”, tedy tylko w ten sposób znajdziesz w sobie samym „mistrza”, który uczyni cię swym „Synem”.

Tak tedy ujrzysz po raz pierwszy wysoką Społeczność, o której tyle legend prawi ci pod zasłoną – tak tedy dotrzesz wówczas jako „Syn” swego „Ojca”, swego „Guru”, do siebie samego w swym Bogu! Lecz jeśli nic się nie zdarzy, coby ci bezsprzecznie zaświadczyło, iż masz się stać „uczniem” mistrza – tedy wiedz, iż nie nakazano ci nosić brzemienia, które zresztą w każdym wieku bardzo tylko nieliczni dźwigają. Twoja droga do Boga będzie ci wówczas nierównie dostępniejszą, niż gdybyś musiał wspinać się na strome cyple, gdzie stoi świątynia w której otrzymuje święcenia uczeń mistrza…

———————–

Zakończenie

Ale strzeż się, o Poszukujący, własnej niestałości. Strzeż się cierniska zwątpienia! Może przeczuwasz już okolice światła, podobnie jak wędrowiec nocny poprzez mgły poranne przeczuwa okolice, gdzie światło dnia wnet wzejdzie. Atoli pomiędzy tobą a tą okolicą wyrasta ciernisko coraz to odnawiającego się, bolesnego zwątpienia. Ilekolwiek byś cierni wyplenił, tyleż odrośnie na nowo. Nie trać czasu na głupie czyny! Nigdy – nawet w wieczności – nie pójdziesz naprzód, jeśli będziesz sądził, iż wystarczy przerzedzać jeno tę gęstwę cierniową zwątpienia. Tylko twa wytrwała stałość może ci tu dopomóc.

Silnie i pewnie krocz po drodze swej, choćby twe stopy krwawić się miały od tysiąca ran próżności – próżności, która nie chce znosić tego, iż nigdy nie możesz wyplenić cierniska ciągłego zwątpienia. Stopa twa musi być czysta, jeśli ma wkroczyć kiedyś na owe jasne, kryształowe „stopnie”, które wiodą do hal najwewnętrzniejszej świętości w duchu twoim. „Czysta” będzie twa stopa wówczas dopiero, kiedy umyta będzie w twej własnej krwi… Tysiące ludzi szukało drogi do światła i zawiśli ostatecznie na cierniach zwątpienia, bowiem próżność ich nie zniosła tego, aby kroczyć naprzód, nie mogąc usunąć z drogi cierniska. Ty, o Poszukujący, nie bądź im podobien!

Bezpieczny będziesz, jeśli zaufasz wiecznemu „słońcu”, którego promień ci przyświeca. Nieczuły na wszystko, co odwodzi cię poza siebie, wyciągnij ręce ku owej dłoni pomocnej, którą widzisz przed sobą! W milczeniu idź za Przewodnikiem (Guru), który może o sobie powiedzieć:

„Ja nie szukam więcej światła, bowiem sam stałem się blaskiem światła!”
„Ja nie szukam pokoju, bowiem sam stałem się sobie pokojem!”
„Ja nie szukam wiedzy, bowiem sam stałem się sobie pewną wiedzą!”

…Milczeć musi się dusza twoja nauczyć, jeśli zbliżyć się ma do niej Światło. …Milczenie będzie zawsze najgłębszym wołaniem twej duszy o światłość. …Milcząc odnajdzie kiedyś twa dusza na wieki Światło Wieczyste!

Oby Światło Wieczności, które uczy cię poznawać tę księgę jako gwiazdę przewodnią, dosięgło rychło twego serca, nie będąc przedtem zaciemnione w umyśle i zniszczone przez chmury myślenia! Oby rozwiało ono mgłę głupoty, która chce ukryć przed okiem twej duszy nas, świecących Praświatła!

Błogosławieństwo i nowa Moc niechaj spłyną na ciebie ze słów tej księgi!

————————-

Z Krainy Świecących

W duszy twej jest maleńka furtka, mniejsza, niż pyłek słoneczny. Kto przejdzie przez nią, wędrować będzie mógł w dalekie krainy, nie wyruszając z domu swego… A najdawniejsze czasy będzie mógł dzisiaj przeżywać.

————————–

Próg

Przybywszy do owej świątyni, gdzie miał otrzymać święcenia, zapytał uczeń swego mistrza:

„Powiedzże mi wreszcie tutaj, o Pewny, kim jesteś w istocie – ty, który umiesz nad wszystkim w sobie panować i który przez nic nie jesteś opanowanym!”

Wówczas rzekł Mistrz (Guru):

„Jestem jak ty, człowiekiem, atoli tym, czym byłem, zanim się stałem człowiekiem, tym stałem się dopiero, kiedym jako człowiek przezwyciężył sen ludzi. Wówczas dopiero stałem się mistrzem swych sił, kiedym pokonał sen, który w uwięzi trzyma ludzi tej ziemi. Pytasz, kim jestem, tedy ci powiadam: Ja jestem – JA sam!”

„Ty sam” – zapytał tedy uczeń – „ty sam – jakże mam to sobie tłumaczyć!”

„O mój Czela” – odparł „Guru”, bowiem znajdowali się oni w głębokich Indiach, gdzie ucznia nazywa się „Czela”, a mistrza „Guru” lub „Ojcem” – „jakże wiele muszę przed tobą na zawsze zamilczeć, jeśli sam tego nie odnajdziesz, i jakże wiele mam ci jednakże tutaj do powiedzenia! Jestem panem swych sił, bowiem stałem się sobie samo-siłą tych sił.”

„Tedy proszę cię, ojcze, powiedz mi coś o siłach, których samo-siłą się stałeś” – rzekł uczeń. A mistrz odparł:

„Słuchaj, umiłowany w świetle, i pojmij dobrze w swym sercu:

Kiedy wy ludzie mówicie: widzimy świat ten okiem naszym, czujemy i dotykamy go, zwiastuje nam go nasze ucho – wówczas mówicie o maleńkiej cząstce świata. Atoli ja znam cały świat! Ja „widzę”, „słyszę” i „czuję” więcej niż wy! Ja żyję w całym świecie, który stworzony jest ze „światów”, podobnych waszemu, i wszystkie „światy” w sobie zawiera. Splecione wzajem ze sobą – wzajem się przenikając, znajdują się wszystkie te światy w jednym miejscu. Ukryty w waszym świecie – pokryty jego formami – znajduje się świat owych sił duchowych, których ja jestem „samo-siłą”. Pratwórczo i burząc przez tworzenie działają owe siły.

Bezsilne są one same przez się, ale „samo-siła” jednego jedynego, kto sam się nią stał, napełnia je życiem i przez niego stają się one wysokimi mocami. Potęgę tych mocy odczuwają wszyscy żyjący na tej ziemi – królowie i żebracy – ale wszyscy oni nie przeczuwają, skąd dosięga ich potęga ta… Nie wiedzą tego, bowiem śpią, a sen otula ich gęsto. Lecz słuchaj dalej, ty, który chcesz się stać czuwającym uchem i widzącym okiem światów!

Spleciony i pogrążony w świecie, który wydaje się wam jedynym „światem”, i podobnie spleciony ze światem tych „sił ognia”, znajduje się świat czystego światła, który płodząc przenika wszystko. Te zaś trzy światy piastuje w sobie, przenikając przez nie i wszystkie w sobie rozpoznając, tworząc, zachowując i gwoli ciągłego przekształcenia burząc, jedyny Potężny, który sam tylko zna swoje „imię”…

Nie nazywamy go żadnym słowem naszych języków, bowiem żadne słowo ziemi tej nie mogłoby go objąć. Nam objawia się on jeno w milczeniu. Z niego i w nim żyje człowiek, który się stał „okiem światów”. Przez niego jest samosiła panią „sił ognia” i wszelkiej mocy, zawartej w siłach tych. Możesz go nazwać również „Potężną”, bowiem w tym, co słowa moje z trudem oddać usiłują, zawarty jest od prawieków mężczyzna i kobieta.

W prapoczątku istot, zwących się „ludźmi”, powstawał „człowiek” w wieczystym płodzeniu z „mężczyzny i kobiety” w duchu, władcy „samosiły”, pana wszelkich mocy. Atoli gdy owe siły ognia, płonącego bez płomienia, ukazały człowiekowi jego moc, jego niesłychaną wielkość i potęgę, zapomniał on o swym wysokim władztwie i uląkł się własnej mocy.

„Trwoga” jest „grzechem” człowieka! Z trwogi przed siłami, których był panem, „upadł” człowiek z jasnych wyżyn! Bacz, oto poznałeś przyczynę wszelkiego zła na tej ziemi, bowiem nie tylko człowiek, lecz cała przyroda podległa jego upadkowi i jest teraz jako trzoda bez pasterza. „Porządek”, istniejący w niej, jest porządkiem, nie uznającym więcej „ducha” za pana, jest tylko pozostałością owego porządku, który ongiś „duch” powierzył „człowiekowi”, gdy jeszcze człowiek nie był „upadł”.

Zdumiony stajesz dzisiaj przed „cudami natury” i nie domyślasz się nawet, że wszystko, co widzisz, pochodzi z twojej utraconej teraz „woli ducha” i że byłoby to daleko jeszcze „cudowniejsze”, gdyby „natura” mogła cię dziś jeszcze uznać za pana. A oto musi ona działać dalej, jak mechanizm, który nakręcono. Ty jedynie możesz ją kiedyś „wyzwolić” z tego, choćby to miało trwać jeszcze miliony lat. Lecz nie sądź, iż ta maleńka planeta, na której żyjesz, sama tylko ponosi skutki twego upadku!

Cały fizycznie dostrzegalny obszar światów ze wszystkimi jego słońcami i planetami ty jeden skazałeś na życie bez „Boga”, bowiem owo Prapotężne i Jedyne, o którym mówiłem pierwej, powierzyło niegdyś tobie jednemu – „człowiekowi”, całą moc rządzenia w mądrości wszystkim, co żyje w postaci „materii”. Że zaś wszystko pochodzi z „Prapotężnego”, tedy mimo twego upadku nie może ono zniszczeć w chaosie i zachowuje ów porządek, który mu dało „Wszechpotężne”, by „człowiek” z tego porządku przez wolę ducha mógł znowu wzwyż iść w tworzeniu.

Przez całe „stworzenie” idzie „rysa”, której żaden „Bóg” naprawić nie zdoła, bowiem tylko „człowiek” od prawieków posiada moc odbudowywania tego, co sam zburzył. A słuchaj dalej o losie „człowieka”, o owym losie, który nie mógłby być powstrzymany, gdyby nawet jeden tylko z ludzi duchowych niegdyś mu był podpadł, jak obwieszczają symbolicznie księgi święte. Los ten idzie z pokolenia w pokolenie, zwiększa trwogę i umacnia „winę” w każdym nowym pokoleniu.

Tak oto upadł „człowiek” z wysokości swej mocy i wieczystej wielkości i związał się – ze zwierzęciem, które jest tylko skażonym obrazem jego istoty. To, co nazywacie „praludźmi”, były to owe „zwierzęta”, z którymi zjednoczył się „pan ziemi”, gdy z trwogi odpadł od wysokich słońc. Atoli siła wyżyn niezupełnie go opuściła. Żyjąc sam z siebie, przenikając ciało zwierzęcia, ukryty przed samym sobą w zwierzęciu, przeczuwa jednakże swą „samosiłę”, jako obcą, wyższą istotę. Zwierzę stało się ucieczką upadłego, kiedy się błąkał bez ojczyzny; bowiem ojczyzna nie znała go więcej, a ciało zwierzęcia stało się dlań także jaskinią odkupienia. Gdy tylko świecić w nim poczyna „samosiła”, triumfuje on w zwierzęciu, a cała chuć zwierzęca ciemnieje dlań w tym świetle. Dlatego pożąda w zwierzęciu gwałtownie tego światła, a z każdym nowym promieniem rośnie też jego pożądanie światła.

Niektóre z tych istot, które się dzisiaj zwą „ludźmi”, kiedy ich duch wzmocniony został przez długotrwałą mękę zwierzęcości, póty dążyły naprzeciw światłu, aż światło mogło ich znowu na trwałe oświecić, a przez to stała się „samosiła” na nowo ich udziałem. Stali się oni pierwszymi pomocnikami swych braci, śpiących w zwierzęciu. Stali się znowu na ziemi „wiedzącymi oczyma światów”. Opanowali znowu z płomiennym zapałem „siły ognia”, które im służyły. Jednym z tych jestem i ja!”

„Czy wiesz tedy teraz, kim jesteś!” – zapytał po tych słowach mistrz.

„Tak, panie!” – rzekł Czela (Ćelah), jakby budząc się ze snu – „zdaje się, iż domyślam się już, kim jesteś, ale wyjaśnij mi – czy to twój ojciec dał ci w dziedzictwie taką siłę ducha, czy też ciało matki obdarzyło cię takim poznaniem. Wybacz mi! Wiesz, iż kłonię się przed tobą we czci, lecz oko moje nie może zapomnieć, iż widzi przed sobą li tylko człowieka, człowieka podobnego do innych ludzi we wszystkim, co poznawalne jest zewnętrznie.

„Głupcze!” odparł mistrz – „sądziłem, że pytasz o mnie, że chcesz wiedzieć, kim ja jestem – a ty pytałeś pewnie o zwierzę, które mi tu służy jeszcze za pokarm i pożerane jest przeze mnie!… Skąd mam to, co dały ci słowa moje, o tym powiedziałem ci, ale ty nic z tego nie zrozumiałeś, bowiem leżysz jeszcze w śnie głębokim. Wiedz, iż słowa moje dały ci wiedzę w Praświetle, a tylko ten, kto posiada w sobie „samosiłę” osiągnąć może „Wiedzę w Praświetle”! Lecz teraz – teraz powiedz mi ty, kim ty jesteś – albowiem prawo wymaga, bym zadał ci to samo pytanie, które ty mnie w tym świętem miejscu zadałeś. Kim jesteś ty – którym wiele jeszcze włada, a który nad niewiele czym umie panować!”

„Mistrzu, pytasz mię twardymi słowy o to, co ty jeno mógłbyś mi powiedzieć. Ja – nie wiem tego jeszcze!”

Atoli Mistrz rzekł:

„Żaden człowiek nie był tak czelny jak ty! Jakże mogłeś wkroczyć do tej świątyni – do tej świątyni, która nie wypuszcza nikogo, kto nie znajdzie na moje pytanie odpowiedzi! O ty nieszczęsne nic! Jeśli nie jesteś dość mądry, aby dać odpowiedź, tedy niechaj pytanie moje zbudzi twój rozum, aby te mury nie oglądały twej zguby!”

Zaledwie panując nad swym głosem ze wzburzenia i drżąc na całym ciele odparł Czela:

„Ty, który kochasz wszystko, co żyje – jakżebyś mógł kazać zabić swego ucznia, jeśli musi ci on tu pozostać dłużnym odpowiedzi. Może naprawdę jestem – „niczym”, jak powiedziałeś, może twe słowo zawiera w sobie ukryty sens”.

„O Czela mój”, rzekł na to mistrz głosem zimnym i z gorzką drwiną – jesteś „niczym” nie tylko w tajemnym rozumieniu, ale i w zwykłym sensie słowa! Nie widzę niczego, czemu bym mógł dać wysokie święcenia, dopóki ty sam nie wiesz, kim jesteś… Przedtem stał tu jeszcze mój Czela; teraz nie widzę „niczego” i mówię do „niczego”.

Tedy zawołał uczeń jak w gorączce:

„Mistrzu!… Guru!… drwisz z Czela swego! Chcesz mię zgubić! Mówisz, jak nigdy dotąd nie mówiłeś! Wiesz, kto stoi przed tobą!! Wiesz o tym lepiej, niż ja! Wiesz, iż to wy przywołaliście mię, inaczej nie stałbym w tym miejscu!”

„Któż to jest, kto lży mię tutaj” – odparł wzgardliwie mistrz.

A uczeń zawołał tak głośno, że głos jego niby chór demonów odbił się przeraźliwie od sklepień:

„Ja jestem, którego nie chcesz poznawać więcej! Ja, twój Czela! Kimże innym mam być, jak nie tym, kim jestem! Ja sam mogę przecież być tylko sobą samym!”

Gdy uczeń wykrzyknął ochrypłym głosem te słowa, opuściły go nagle zmysły i padł jak martwy na ziemię. Wreszcie – po długim i głębokim śnie, zbudził się. U łoża jego, na które przeniesiono go omdlałego, stał Mistrz (Guru). Uczeń rozejrzał się wokół siebie, nie poznając miejsca, w którym się znajdował, bowiem była to jedna z tajemnych komnat świątyni. Spostrzegł mistrza i ujrzał, iż oblicze jego promieniowało wewnętrzną radością.

„Wstań”, rzekł mistrz głosem pełnym miłości, „wstań i wkrocz teraz na pierwszy z siedmiu stopni, które cię powiodą do sanktuarium świątyni! Tam zdobędziesz siłę, której posłuszne muszą być wszystkie siły ognia. Wytrzymałeś oto dzielnie próbę progu, bowiem po raz pierwszy stało się każde włókno twego ciała – słowem! Przedtem żywa była tylko głowa i serce. Teraz oto, w krzyku twej trwogi śmiertelnej zbudziło się wreszcie całe twe ciało do prawdziwego życia. Teraz oto osiągnął „człowiek” w zwierzęciu – siebie samego, i już wiesz, kim jesteś!”

Uczeń słuchał tych słów, nie wiedząc, co się z nim dzieje. Na wpół wątpiąc jeszcze pochwycił dłoń mistrza i rzekł:

„O Guru! Jakże wielkie jest jednak twe serce! Co mam czynić, aby ci okazać swą wdzięczność”.

Atoli mistrz potrząsnął głową i rzekł w zupełnym spokoju:

„Wejdź na stopnie! A kiedy znajdziesz to, czego wielu szukało, a co nieliczni tylko w każdym okresie znajdują – wówczas – spotkamy się znowu… Kto dojrzał do znalezienia, ten tutaj znajdzie. Jeśli natomiast siły duszy z zamierzchłej przeszłości, które się w tobie zjednoczyły, nie wykazują jeszcze kosmicznej „liczby”, która jest wymagana, tedy i teraz jeszcze nie ujdziesz z tych murów, które z taką pewnością zwycięstwa przekroczyłeś. Opuszczam cię oto! Może – ujrzysz mię znowu! Jesteś jeszcze przed ostatnią próbą…”

Po czym w milczeniu powiódł go mistrz przez długie i kręte, ciemne przejścia, i w milczeniu opuścił go, gdy dotarli do wąskiej hali siedmiu stopni. Sam musiał teraz uczeń próbować wchodzić na stopnie… Z mocą, w skupieniu, z wolą żelazną udało mu się dosięgnąć wyży pierwszego stopnia. Na każdy dalszy stopień trudniej było dotrzeć, niż na poprzedni. Często groziło mu, iż siły go opuszczą. Zaś najwyższy ze stopni wymagał odeń rzeczy prawie niemożliwej. Stopień ten był – tak wysoki, jak on sam ze wzniesionymi rękoma… Ostatnią siłą musiał go zdobyć, aby się ostrzeżenie mistrza nie stało prawdą. Nareszcie – cel został mimo wszelkich trudności osiągnięty. Dotarłszy do sanktuarium świątyni, znalazł się uczeń w wysokiej sali, wypełnionej blaskiem złocisto-białych promieni światła. Tutaj wyszli mu naprzeciw wszyscy, co przed nim szli tą drogą, a pośrodku nich dostrzegł mistrza, którego był uczniem. Kiedy go poznał, chciał z wdzięcznością ucałować dłoń jego, bowiem czuł w sobie teraz ową siłę, którą mu mistrz przyobiecał po osiągnięciu celu ostatecznego.

Ale najstarszy z zebranych tu powstrzymał go i rzekł:

„Komu chcesz jeszcze dziękować, czyliż temu, przez „imię” czyje stałeś się „słowem”! Bacz, my wszyscy jesteśmy jednym w jednym! W tobie było to, co wołało nas do ciebie… W tobie było to, co chciało osiągnąć samo siebie… W tobie było to, co się w tobie dokonało… Teraz oto ty żyjesz w nas i my w tobie… Atoli my – wszyscy jeden – żyjemy w tym, który nas jednoczy. Poznając jego, uwielbiamy go w nas samych!”

————————–

Pytanie Króla

„Wyjaśnij mi, o nieśmiertelny”, rozpoczął król, „czemu mądrość każdego mędrca jest inna. Jeden jak i drugi nazywa swą naukę prawdą, a jednak nauki ich są odmienne.”

„Wszyscy nauczają tego samego”, rzekł ów, o którym mówiono, iż osiągnął wielkie zjednoczenie.

„Wybacz, wielki nauczycielu, że muszę ci zaprzeczyć”, odparł król.

„Przetrawiłem nauki wielu mędrców, a każda była inna. Jeden uznawał wiele narodzin w wielu kolejno na ziemię przychodzących ciałach; inny natomiast mówił o wielu narodzinach w jednym ciele, podczas jednego życia na ziemi. Który z nich ma tedy rację! Dla jednego bogowie byli sędziami; inny natomiast stawiał przebudzonego człowieka – ponad bogami, a prawdziwy jogi – jak mi powiadano – może nawet bogom rozkazywać. Jakże to wszystko pogodzisz”.

„We wszystkich tych naukach mowa jest o jednej prawdzie”, rzekł mędrzec (ryszi).

„Jakże mogą wszystkie te nauki rozmaite rzeczy obwieszczać, jeśli kryją w sobie jedną tylko prawdę” zapytał król.

A jogi odparł:

„Wielki królu, posłuchaj mej przypowieści! Pewnego promiennego dnia siedział mistrz wraz ze swymi uczniami na brzegu morza. Najmniejsza fala nie mąciła bezbrzeżnej tafli, a kopuła nieba błyszczała jak wielki turkus w skarbcu. Tedy prosili uczniowie mistrza, by siadł z nimi do łodzi, a oni ujmą wiosła w swe dłonie, aby siebie i jego zawieść na otwarte morze. Mistrz wsiadł do łodzi, a uczniowie pchnęli wiosła. Wkrótce ląd znikł z ich oczu. Kiedy się zatrzymali pod naciągniętym żaglem, rzekł mistrz:

„Pragnę was wypróbować, czy widzicie to, co ja widzę. Powiedzcie mi więc, co widzicie!”

Tedy ujrzał jeden obraz swój na gładkim zwierciadle morza i dziwił się, jak wiernie i bez skazy odbija go ono. Drugi spojrzał na wodę i znalazł kres jej tam, gdzie stykało się z nią sklepienie nieba. Zachwycony był tedy dalą morza i w zachwyceniu słowami pełnymi czci sławił jego bezgraniczność. Gdy zaś trzeci miał mówić, opowiadał o gromadzie ryb, otaczających łódź, i z miłością opisywał ich kształty i wielobarwne szaty. Tak tedy mówili o różnych rzeczach, znajdując się jednak na jednym miejscu. Kiedy zaś czwarty opowiedział o świetle, które opromienia wszystko, i głośno, w ozdobnych słowach wieścił chwałę kopuły gwiezdnej, spojrzeli uczniowie w oczekiwaniu na mistrza…

Atoli mistrz rzekł:

„Widzę słońce i widzę światło. Widzę dal i widzę żyjątka morskie, otaczające łódź naszą. – Widzę też siebie samego w zwierciadlanej tafli – ale… widzę więcej!

„Powiedz nam, co widzisz, o guru!” prosili uczniowie. A mistrz rzekł:

„Czyż nie dość mówiłem wam o tym od wielu miesięcy mówię wam, co widzę, a wy nie wiecie tego jeszcze”.

Tedy zawołali wszyscy:

„Nigdy jeszcze, mistrzu, nie wyjeżdżaliśmy społem na morze, a ty twierdzisz, iż mówiłeś nam o niem”.

„Czyż powiedziałem, że mówiłem o morzu, czy też mówiłem o tym, co widzę” – odparł mistrz.

I tak oto mówił dalej:

„Zawieźliście mię na morze, bowiem mniemaliście, iż będę wam oto o morzu mówił… Atoli morze opowiada samo o sobie, i gdyby było wokół mnie tysiąc uczniów, tedy uszy moje usłyszałyby tysiąc opowieści morza w mowie ust człowieczych. Ale czy w lesie palmowym jest inaczej? Albo na lodowatych szczytach dzikich gór Himavatu? Las i góry takoż opowiadają same o sobie, i nie trzeba mi pytać was, jeśli chcę usłyszeć ich „opowieści”… Atoli od was chciałem usłyszeć to, co widzę na każdym miejscu, o każdym czasie, a co jednakże jest poza czasem i przestrzenią. Kto to widzi, ten zapomina przy tym „opowieści” nieba i morza, gór i lasów – i takoż opowieści człowieka na tej ziemi… Szukacie jeszcze na zewnątrz, bowiem wasze Wewnętrzne Królestwo nie ma jeszcze „słońca” i dlatego jest ciemne. Gdy się jednak kiedyś staniecie królami swych królestw, wówczas wszystko, co leży „zewnątrz”, będzie wam winne haracz i przyjść będzie musiało do was, gdy tego zażądacie. Czekajcie tedy, aż się staniecie lordami, bowiem jeśli jako żebracy wyruszacie w świat, daje wam każdy tylko to, co chce dać!”

Kiedy uczniowie usłyszeli te słowa, zamilkli zawstydzeni. Że zaś i wieczór już się zbliżał, tedy silnymi uderzeniami wioseł zdążali co najszybciej do brzegu.” – Na tym zakończył mędrzec.

„Wedle tego”, rzekł król, „wedle tego mógłbym przypuszczać, iż rozmaitość nauki ma miejsce u tych, co są jeszcze „na zewnątrz”.

„Tak też jest, o królu”, rzekł mędrzec, „ale nie zapominaj, że i ci, co wieszczą ze swego wnętrza, mówić mogą jedynie swoim językiem i że dlatego ta sama prawda nawet u nich często różne nosi szaty. Jeśli chcesz poznać prawdę, jaka ona jest, bez zasłony, musisz jej szukać w sobie samym i czekać cierpliwie, aż się tobie samemu odsłonięta ukaże!”

A że król nie pytał go więcej, podniósł się jogi i udał do pobliskiego gaju, gdzie stał namiot jego. Atoli król naradzał się w sobie, czy może się sam stać widzącym prawdę. Po chwili przerwał swe rozmyślania i rzekł do siebie samego:

„Kto wie, czy mnie prawda ukazałaby się odsłonięta. Mam tylu mędrców w swoich krajach, a w lasach swych mogę każdej chwili pytać joginów i „świętych”. Mnie, królowi, muszą wyjawić swe najczystsze poznanie, a ja mogę je oceniać wedle swego uznania. Po cóż mam sam oglądać prawdę naocznie? Może wówczas moja prawda wydałaby się mnie samemu niepewną, a kogóż mógłbym zapytać, czy to jest prawda?”

I nakazał odjazd, dosiadł ulubionego słonia i radował się myślą o muzykantach i tancerkach, którzy go oczekiwali w pałacu.

—————————-

Wędrówka

Uczeń, którego ojczyzna była w Krainie Zachodu, daleko od wielkich gór, na stokach których mieszkał Mistrz (Guru), zapytał właśnie o wielkiego Nauczyciela z Nazaretu i prosił mistrza o pouczenie. „W kraju mym”, mówił uczeń, „wielu jest słynnych nauczycieli, którzy nie wierzą, iż był on prawdziwym człowiekiem i wysokim mistrzem, a sądzą, iż podanie tylko stworzyło jego rysy. Ty jednak, o wielki, mówiłeś do mnie często słowami, które celowo zapożyczyłeś z ksiąg, traktujących o życiu i nauce owego męża. Pełen byłeś czci, wypowiadając jego imię, a jeśli cię dobrze zrozumiałem, cenisz wielkość jego duszy wyżej niżeli wszystkich, którzy kiedykolwiek kroczyli po drodze zjednoczenia… Dlaczego jednak nie widzę ciebie pośród tych, co się jego imieniem nazywają? Dlaczego nie jesteś chrześcijaninem!”

Tak pytał uczeń, bowiem nie wiedział jeszcze, czym jest prawdziwy „mistrz” tej ziemi. Ale mistrz zaśmiał się i nie odparł nic. Tedy zapytał uczeń, który oto popadł w zwątpienie, o co innego, – jakby chcąc się z pierwszego pytania usprawiedliwić.

„Słusznie czynisz zapewne, ty, władca sił, o których nauczyciele moi na Zachodzie nic nie mogą powiedzieć, że wyśmiałeś me pytanie!  Jakież współczucie musisz mieć dla nas, dzieci Zachodu! A jednak proszę cię, abyś przynajmniej na to pytanie odpowiedział: Czy nie byłoby lepiej dla nas, synów Zachodu, gdybyśmy puścili w niepamięć naukę owego męża, jako wieść, która nie ma nam już nic do powiedzenia? Przy tych słowach zatrzymał się Mistrz w milczeniu. Wędrowcy przybyli teraz na górę, która oddzielała wody jednej rzeki od innych. Wysoka, potężna kolumna, w stylu powszechnym w świątyniach tybetańskich, wykuta ongiś z jednego głazu, oznaczała miejscowość. W piśmie, wydającym się dziwnym a jednak pięknem dla oka człowieka Zachodu, nosiła ona święte słowa:

Om! Mani Padme Hum! Hrih! To znaczy: „Zaiste! W kwiecie Lotosu żyje tajemnica!” Pod tym napisem znak wskazywał obcemu pielgrzymowi drogę do bliskiej świątyni.

„Czy nie sądzisz, iż byłoby lepiej”, zaczął mistrz, „aby ta stara kolumna znikła stąd? U ludów twojej rasy widziałem coś innego. Niechaj pielgrzymi poznają, iż mnisi w tej samotni, mimo swego wyrzeczenia się świata, potrafią iść jednak z prądem czasu. Zamierzam wpłynąć na przełożonego klasztoru, aby zburzono tę kolumnę. Można by natomiast sprowadzić z jakiegoś miasta południowego piękny, nowy drogowskaz, jakie wy na Zachodzie umiecie odlewać z żelaza, zdobiony bogato i barwnie malowany. Z pewnością bardziej się to wszystkim spodoba. Cóż bowiem ma nam jeszcze do powiedzenia ten głaz skalny w dzisiejszych czasach”.

„Nie mówisz chyba poważnie, mistrzu” odparł uczeń przerażony. „Czy też istotnie tak bardzo pozbawiony jesteś zrozumienia sztuki, iż przy całej swej mądrości nie widzisz, że na tym miejscu stosowne jest tylko to stare dzieło pobożnych rąk!? Czyż nie widzisz jej prostej wielkości i piękna? – Zaiste, godna jest nosić święte zgłoski! Jakżebyś mógł te znaki kazać wymalować na żelaznym drogowskazie? Przy tym na tej wysokości drogowskaz żelazny nie będzie trwały. Natomiast kolumna, którą wzniosły niegdyś zdolne dłonie, stoi tu już ponad tysiąc lat i wytrwać może jeszcze lat tysiące. Boskość, którą ona wieści, znalazła w niej najdostojniejszego nosiciela, a wszystkim pielgrzymom, co w tym pustkowiu szukają świątyni, a w niej spokoju, może ona z daleka już wskazywać drogę. Z pewnością nie mówisz poważnie, gdyż nigdy nie mógłbym zrozumieć, że ty nie odczuwasz wszystkiego…”

Tedy zaśmiał się mistrz raz jeszcze i milczał znowu, jak milczał był przedtem wobec pytania ucznia… Po czym ruszyli dalej. W milczeniu szli ku dolinie, ku rozległym budynkom klasztoru lamy, gdzie widoczna się wnet stała świątynia. Atoli uczeń myślał nad tym – dlaczego mistrz umiał go zawsze zmusić, aby na każde pytanie sam dawał odpowiedź, bowiem widział jasno, że we wszystkim, co mówił o świętej kolumnie, dawał tylko sobie samemu odpowiedź na swe pierwsze pytanie o wysokim Mistrzu z Nazaretu.

———————

Połączenie

Kiedy przybyłem przed dom mędrców światła, począłem pukać u furty, ale nikogo nie było, kto by mi otworzył. Tedy smutek opadł mą duszę i znużony usnąłem pod progiem. Gdy po bezładnych, przeraźliwych snach zbudziłem się wreszcie znowu, stał przede mną mąż w odzieniu tuziemczym, który wiódł ze sobą zwierzę juczne, a zwierzę obładowane było koszami, pełnymi świeżego chleba.

„Czego chcesz tu, cudzoziemcze”, spytał, – „czyż nie wiesz, że ta furta nie rozewrze się przed nikim, kto przedtem nie wyszedł zza niej”? Atoli ja odparłem:

„Biada mi, jeśli te słowa mówią prawdę, bowiem idę z daleka, jako że mistrz rozkazał mi iść do tych, co mieszkają w tym domu, aby być przyjętym do koła ich Społeczności. Tedy rzekł do mnie ów mąż:

„Bacz, i ja należę do tych, co tu mieszkają, a pragnienie twe znane jest memu duchowi, ale powiadam ci jeszcze raz: progu tego nie przekroczył jeszcze nikt, kto pierwej nie umarł! Ci jednak, co są wewnątrz, bez przeszkód wchodzą i wychodzą… Jeśli tedy chcesz umrzeć, przeniesie cię to zwierzę jako martwego przez próg!”

„Jakżebym miał nie chcieć umrzeć”, brzmiała odpowiedź moja, „jeśli nie mogę inaczej dostać się do Społeczności waszej!? Zabij mię, abym w ten sposób przeszedł przez próg, albowiem wiem, iż po tamtej stronie furty śmierć moja się skończy! Czyż i ty nie zmarłeś był niegdyś, zanim przebyłeś furtę, a czyż nie stoisz oto żyw przede mną!?”

„Niechaj się dzieje wedle woli twojej”, odparł mąż, i w tejże chwili uczułem, jak z ciała mego uchodzi życie, jak świadomość moja zadrżała o mnie… Ale zanim jeszcze zrozumiałem, że opuściłem już zupełnie swe ciało, poznałem nagle siebie jako – jeden z owych chlebów, które leżały w koszach na grzbiecie jucznego zwierzęcia. Chciałem wołać, ale nie mogłem. Chciałem uciec, ale ciało stało się chlebem i nie poruszało się. Tedy zmętniała świadomość moja, i tak musiano mię zapewne przenieść do domu i położyć na stole, gdzie – jak wnet oprzytomniawszy ujrzałem – leżałem obok innych potraw przed miską najstarszego z mędrców. Nie długo tak leżałem – jak w ciężkim, ponurym śnie – gdy usłyszałem głos najstarszego z mędrców, który mówił:

„Święty i błogosławiony niechaj będzie chleb ten, który się chce stać pożywieniem dla ducha wieczności! Od tej chwili po wieki wieków niechaj będzie pożywieniem mego ukrytego Boga!”

Z tymi słowy przełamał chleb, którym się ja sam stałem, na dwoje, i uczułem szczerbę w swym ciele, jakby to moje ludzkie ciało zostało rozerwane. Drżąc z bólu oczekiwałem zupełnego swego zniszczenia, ale nie mogłem już uciec przed przemocą, której się z wolnej woli poddałem… Moja świadomość siebie przyćmiła się znowu… Ale nie długo trwać miało to przyćmienie; bowiem wnet powstała wokół mnie jasność, jakiej nie znałem, jakkolwiek jasnym było owo światło, w którym mi niegdyś mistrz ukazywał rzeczy trzech światów. Takoż stało się, iż znalazłem się znowu w ludzkim ciele i nie byłem więcej „potrawą”…

I oto: – przemówiłem! A to, co mówiłem, były to słowa najstarszego z mędrców. Jego ciało stało się moim, a duch mój nieoddzielnym od jego ducha. Kiedy zaś mędrcy, Bracia jego, ujrzeli to, rzekli:

„Radość jest w kole naszym, bowiem nowy Brat narodził się nam, a ty, o Najstarszy, który kujesz łańcuch wieczystej mądrości – ty młotem swoim zamknąłeś otwarty pierścień!”

„Wy to powiadacie! – Te słowa wasze obwieszczają przybycie moje!”

Tak oto mówiłem przez usta najstarszego z mędrców.

„Jako potrawa przybyłem do was, aby się w duchu waszym narodzić! Ale teraz oddajcie mi moją szatę, abym nie bawił pośród was w szatach innego, podczas gdy ten inny ukrywa się!”

Na te słowa opuścili mędrcy swe miejsca przy stołach i wiedzeni przez najstarszego, z którym duchem mój duch się połączył, wyszli przed furtę. Tam jednak leżało moje ciało ziemskie, bez życia, stężałe… A najstarszy pochylił się nad niem i raczej wytchnął aniżeli wypowiedział te słowa:

„Ty jesteś mną! W tym swoim ciele ziemskim służ mnie w sobie i sobie we mnie! Wiedz, iż narodziłeś się z pożywienia, życia światła, które wszystko żywi i od wszystkiego bierze pożywienie!”

Kiedy wyrzekł te słowa, uczułem, jak świadomość moja wyszła z jego ciała, gdy duch mój pozostał z jego duchem połączony… Ale wnet i duch mój w równej mierze jak moja świadomość poczuł się w starem ciele, jednak nie było to to ciało, co pierwej – coś się w niem zmieniło, i potrafiłem teraz we wnętrzu swego ciała widzieć, jak pierw tylko zewnątrz widziałem. Kiedym się teraz podniósł, przyjęli mię mędrcy z niezmierną radością, jak kogoś, kogo się długo oczekiwało. A gdy wiedli nowo powstałego przez furtę do wnętrza, najstarszy z mędrców, upojony Boskością, śpiewać począł pieśń, której słowa takie oto były:

„Żyj dla miłości,
świeczniku światła,
Ucząc rozjaśniaj,
Pochodnio świata!”

A chór Braci moich pochwycił jego śpiew:

„Naucz się siebie rozpoznawać w świetle!
Nauczycielu miłości, gotuj swoje dzieło!…”

Ja zaś ujrzałem, iż podobnie jak Bracia moi noszę biały turban „Wiedzących” na głowie i otulony jestem białym burnusem „świecących”. Atoli w duszy mojej było poznanie duchowe wszystkich tych, co zebrani byli wokół mnie, tych, co przed nami mieszkali w domu mędrców i tych, co po nas mieszkać w nim będą. Czułem ich wszystkich w sobie samym zjednoczonych, a ja sam byłem w każdym z nich. Tako stałem się tym, czym jestem!

————————–

Wola radości

„Bóg” żyje w radości, a nie w cierpieniu! Niewolnicy cierpienia stworzyli „cierpiącego” Boga…

Moc, która ci się jako cierpienie objawia, prostować ma tylko drogi twojej radości.

————————–

Do wszystkich, którzy dążą do światła. Nie pytaj więcej: „Co to jest Bóg?” Pozostawmy to pytanie „bezbożnym”, „bałwochwalcom”, którzy sobie „Boga” swego wymyślają. Mamy dane na to, aby wątpić, czy „Bóg” „wysłucha” poszukującego, który go sobie chce wymyślić. Wiemy, iż „Bóg” nie odpowie nikomu, kto pyta o „Boga”… Wiemy, iż „Bogu żywemu” wstrętna jest zgiełkliwość pytań. Ale pojmiecie swego „Boga” wnet, gdy tylko nauczycie się słyszeć jego mowę… Na to zaś trzeba ciszy!

*

Wszystko tworzące trwa w ciszy. W sobie samym zgotuj siedzibę dla ciszy, aby ci się twój „Bóg żywy” mógł stać przyjacielem i domownikiem! Słowa te chcą duszę twą powieść do wielkiej ciszy.

*

Będziemy tu przez chwilę mówili ci o człowieku. Od człowieka dotrzeć musisz do „Boga”, jeśli „Bóg” nie ma dla ciebie pozostać na wieki – obcym!

*

Nie szukaj „Boga” w „utrapieniu swego serca”, jeśli chcesz naprawdę znaleźć w sobie swego „Boga Żywego” – albowiem spłodziła cię wola radości twego „Boga”… Nie staraj się poznać swego „Boga” przez pytania, bowiem w najcichszym pytaniu woła rozgłośnie zwątpienie… Znajdziesz swego „Boga” li tylko w najgłębszej ciszy – umacniany przez cierpienie, które przezwyciężyłeś – w woli radości!

*

Świadomą wolą odwracaj się od tych, co na błędnych ścieżkach z trwogi serc swoich wołają o Boskość! – Bowiem nigdy nie mógłbyś znaleźć w sobie głębokiej ciszy. Jeśli chcesz spotkać „Boga” w sobie, tedy musisz być sam z człowiekiem, którym jesteś… W najgłębszej swej ciszy staniesz się sam sobie pytaniem, i ty sam będziesz też sobie odpowiedzią. Ze sobą samym tylko możesz iść w wielką ciszę… Sam tylko możesz znaleźć siebie tam, gdzie twój „Bóg Żywy” stanie się w tobie słyszalny!

————————

Nauka

Na brzegu morza widziałem matkę, siedzącą ze swym dzieckiem. Dziecko bawiło się w piasku muszelkami i barwnymi kamykami. Atoli cała jego zabawa było to: wybieranie i odrzucanie… Czyż i my sami nie jesteśmy tylko dziećmi, bawiącymi się w ten sposób! Wybieramy i odrzucamy, i tak czynimy przez lata i dziesiątki lat, aż do końca naszego. Czyż pobudką nie jest nam ten sam bodziec, co każe dziecku bawić się muszelkami i kamykami. Tu pragnę zatrzymać się z tobą! W tym miejscu ujrzymy wschód słońca. Po cóż mamy wśród nocy objeżdżać ziemię, goniąc za słońcem.

*

Oto znaleźliśmy już człowieka, który sam jest sobie pytaniem i odpowiedzią. Wybieranie i odrzucanie – oto jego dzieło. Nigdy nie spotkasz człowieka przy czym innym! Co prawda później wskaże ci on wielkie przyczyny, kiedy go zapytasz, czemu coś czyni. Atoli człowiek nigdy się tak bardzo nie okłamuje, jak kiedy chce własne czyny wyjaśniać…

*

Ta sama głębia jest Źródłem popędów do zabawy dziecka i do wszelkiego czynu. Tu jak i tam jako najgłębszą przyczynę odnajdziesz wolę radości… Jest ona ostatecznym rozwiązaniem dla wielu „zagadek”. Sam byt człowieka zrodzony jest z niej.

*

Wszystkie twe myśli i czyny są dla cię „muszelkami” i „barwnymi kamykami”. Wedle swej własnej wartości wybierać będziesz i odrzucać. Poznasz wnet, iż wiele trzeba odrzucić, bowiem nie może służyć do trwałej radości. …Wiele „barwnych kamyków” gromadzisz w domu, a oko twe raduje się niemi na krótki czas. Lecz potem nuży cię zabawa. Uczysz się odróżniać wartość. Drogocenne kamienie chciałbyś znajdować i perły prawdziwe, a nie tylko puste muszelki i barwne krzemienie…

*

Początkowo opuszcza cię odwaga, bowiem widzisz, jak pierwsza twa radość umiera z tym poznaniem. Ponuro ślizga się oko twe po piasku… ale oto: – coś błyszczy tam pośród krzemieni!… Śpiesznie odrzucasz precz barwne kamienie, aby podnieść to, co tak błyszczy: – znalazłeś swój pierwszy kamień drogocenny! …Od tego dnia stałeś się mądry! Nie dadzą ci już radości krzemienie, które tylko błyszczą, póki je morze zwilża. Od tego dnia poczniesz odrzucać wiele, co oku twemu błyszczy czarownie, i szukać będziesz owych rzadkich kamieni, co wiecznie świecą…

Tego żąda wola radości. Radości bez rozczarowań! Radości bez przerwy! Radości bez końca!

*

Zapytasz oto:

„Jeśli nauka ta głosi prawdę ostateczną – tedy na cóż jeszcze cierpienie!”

Bacz:

Cierpienie jest warunkiem i rękojmią wszelkiej radości! …Wszystko we wszechświecie żyje z biegunowych przeciwieństw. Wyż i nizina, wielkość i małość, cierpienie i radość, prawda i fałsz – z tego żyje wszelkie życie. Bez cierpienia nie byłaby radość sobą, bowiem wszelka rozłąka i wszelki podział tworzą cierpienie – zaś rozłąka i podział są konieczne, ażeby radość mogła okazać swe nieskończenie rozmaite działanie. Atoli twa wola radości niechaj widzi w cierpieniu kłamstwo i tak oto niechaj ci czyni cierpienie bezwartościowym. Cierpienie i radość zwalczają się wzajem. Cierpienie i radość posiąść chcą twą siłę. Cierpienie i radość chcą być przez ciebie cenione. Ile dajesz radości, o tyle umykasz się cierpieniu – a że się ono kiedyś stanie niewolnikiem i chętnym sługą radości twojej.

*

Nie radzę ci oczywiście uciekać tchórzliwie przed wszelkimi trudnościami! Twa wola radości chce cię wieść często przez ponure wąwozy losu drogą krótszą do świetlanych wyżyn… Zwycięstwo wymaga walki. Walka znaczy to: otrzymywanie ran i zadawanie ran.

Strzeż się radości z ran, które musisz zadawać! – Nienawiść jest odcieniem niemocy… Wola radości nauczy cię miłości zwycięzcy. Okuwaj cierpienie swe w kajdany, ilekroć zadaje ci ono ból bezużytecznie – gdy cierpienie pcha cię do walki, wywalczaj zwycięstwo.

Cierpienie jest kłamstwem! Cierpienie jest twoim wrogiem i przeciwnikiem! Cierpienie musisz spętać albo pokonać w walce, ażeby radość mogła być wolna i panować!

*

W woli radości wszystko stanie ci się łatwym. Najwyższą moc życia masz po swej stronie. Moc, która największemu nawet cierpieniu umie rozkazywać… …Nawet ów, co tworzy przyrost cierpienia, dąży tajemnie do radości. Jego wola radości jest wprawdzie spętana, a jednak zawdzięcza on jej jedynie całą siłę.

Wola radości rodzi wszelki czyn. Wola radości utrzymuje wszelkie życie. Wybieraj sam, czy chcesz, jako pokonany szermierz, służyć cierpieniu, czy, jako zwycięzca, przemóc je pragniesz. Jeśli okażesz trwogę przed cierpieniem, możesz być tylko pokonany. Atoli wola radości uczynić cię chce zwycięzcą.

*

We wszelkim bycie znajdziesz wolę radości przy pracy. …Kształtu i miary chce wola radości, aby się radość mogła narodzić z miłości. Miłość jest dążeniem do jedności wszystkiego, co „rozdwojone”. Miłość tylko zmusza nienawiść do usług. Miłość jednoczy wszelkie przeciwieństwa. …Z miłości tylko może wola radości spłodzić radość. Wola radości jest męską wolą… Potrzeba jej rodzicielki: miłości.

*

Bez miłości byłaby wola radości jak udręczony potępieniec. Miłość (Maitri) daje jej cel i pewny kierunek. Miłość jest to: wyrównanie biegunów przeciwnych. Miłość rozpuszcza wszystko małe w wielkim, wszystko połowiczne w całym. Miłość łączy wartość z bezwartościowością wedle praw kosmicznych w wyższą jedność.

Wszelka „bezwartościowość” miła jej jest gwoli wartości, której musi służyć… Nie istnieją izolowane „wartości” i „bezwartościowości” prócz myśli twoich. „Wartość” i „bezwartościowość”, acz nierównego stopnia, wymagają się wzajem. Wszelki wzrost żąda zjednoczenia nierównych części w „miłości”. Tak dopiero powstaje to, co – trwa!

*

Ale oto widzisz, jak ludzie umierają, i pytasz: „Gdzie jest tu to, co trwa?”

Pytaj raczej: „Gdzie jest tu to, co przemija!”

…Widziałem śmierć najukochańszych ludzi, a nic przemijającego nie znalazłem. Widziałem jeno nowe połączenie „części”, jak daleko sięgał wzrok mego „zewnętrznego” oka. Któż ci pokaże tam, gdzie twoje oko zewnętrzne nie sięga, coś przemijającego. Tam, gdzie nie sięga ono, nie sięgało i wówczas, gdy dostrzegalni jeszcze byli dla zmysłów ci ludzie, którzy teraz zniknęli dla zmysłów twoich.

Zmysły objawiły ci tylko, że istnieje coś, o czym mówiło ci jedynie działanie w świecie zmysłów. Jeśli sądzisz, iż to, czego istnienie widziałeś, gdy jeszcze działało w sposób dostrzegalny dla zmysłów, teraz zniszczało – tedy, zaiste jesteś tylko niewolnikiem swych zmysłów.

*

Podobnie żałoba po zmarłych pochodzi tylko z woli radości. Zwodniczą jest ta żałoba, jeśli odjąć ci chce wiarę w istnienie tych, których twe oko zewnętrzne już dostrzec nie może. Siebie samego opłakuj, iż tak długo podlegałeś złudzeniu! Wiedz także, iż radość ze zmysłowego w człowieku różna jest od radości z człowieka samego. Możesz już teraz pojąć, iż cała widzialność sama przez się nic nie oznacza – że jest ona jedynie świadectwem wartości niewidzialnych. Wszystkie najwyższe wartości leżą w Niewidzialnym! Jeśli chcesz znaleźć najwyższą wartość „człowieka”, tedy szukać musisz w Niewidzialnym przez swoje „Niewidzialne”, o ile szukać nie chcesz na próżno!

*

Widzialności wierzyć musisz wiele, ale nie wszystko! Musisz się nauczyć uznawać widzialność, jako biegun przeciwny swej prawdy! …Nie bylibyśmy tu na ziemi tym, czym jesteśmy, nie osiągnęlibyśmy tego bytu bez niższej części woli, która tworzy siebie jako „widzialność”. Niewidzialnie tworząca i widzialnie tworzona wola zjednoczona jest w nas samych. Jeszcze nie zbliżamy się tu do wymaganego kosmicznie stosunku trwałego zjednoczenia tych sił woli.

Wyzwolenie od „nadmiaru”. Uzupełnienie „niedomiaru” – oto zmiana, wymagająca „śmierci” ciała ziemskiego. Nie krępowani więcej przez kształty, które się tylko zewnętrznemu oku zdają rzeczywistymi, pozostaniemy jednakże w „widzialności”, każdy jako całość i siebie samego świadom wreszcie w całości. Ale do tego daleka jest jeszcze droga, a owa „zmiana” nie nastąpi w tejże godzinie, gdy się „widzialność” oddzieli od twego „niewidzialnego”.

Jeśli chcesz „wiecznie” zachować siebie w sobie, tedy i wówczas jeszcze musisz działać w dalszym ciągu, aż wola twa osiągnie ową równowagę, której wymagają prawa kosmiczne. Pozostaniesz dla siebie widzialny przez owo „oko”, któremu twe oko zewnętrzne zawdzięcza całą „zdolność widzenia”, ale będziesz co innego i inaczej widział, niżeli umiałeś tutaj widzieć. Twa wola widzialności kierować się będzie musiała na inne cele, aż z twoją wiecznie niewidzialną wolą osiągnie równowagę, jakiej wymaga wieczyste prawo. 

*

Nie znajdujesz drogi do tych, których zwiesz „zmarłymi”, bowiem ich „zewnętrze” stało się „wewnętrznym”, twoje zaś „wewnętrzne” nazbyt jest jeszcze uwięzione w „zewnętrznym”… Istnieje do nich droga, ale niezwykle rzadcy są ci, co potrafią na nią wkroczyć. Kto wkracza na nią, musi sam drogę swą oświetlać – inaczej zbłądzi i zajdzie nie tam, gdzie chce. Noc i zamieszanie otoczyłyby go, ażeby się wreszcie sam pogrążyć musiał w nocy. Ci zaś, co bezpiecznie mogą wkraczać na tę drogę, poświadczą prawdę moich słów…

Tylko ta jedyna droga może dać człowiekowi, który żyje jeszcze tu, w swym widzialnym ukształtowaniu, bezwzględną pewność świadomego doświadczenia. Wolny od „ekstazy” i z całą jasnością świadom samego siebie, może on jednocześnie rozpoznawać przedmioty tego świata zewnętrznego oraz żyć z tymi, którzy dawno już porzucili ciała ziemskie. Kto nie jest do „sztuki” tej zrodzony, nigdy się jej na ziemi tej nie „nauczy”. Pragnienie ujrzenia żyjących w śmierci bez tej sztuki naprowadziło człowieka na drogi, ukazujące złudę za złudą. W dusznych komnatach przywołują ludzie moce, które chętnie zjawiają się na zew i grają „rolę” wyznaczoną im niemą wolą wzywających.

Co prawda, podobnie jak sami wzywający działają w ślepej niewiedzy, mogą też i istotnie „zmarli” ludzie z niższych sfer popaść ślepo w błędne koło tych mocy i posłużyć ich chęci zwodzenia, ale to, co na tej drodze można osiągnąć, gorsze jest jeszcze, niż wszelka wątpliwość, zaś najczęściej działają owe siły same. Nie w ten sposób staraj się posiąść wiarę w życie swych „zmarłych!” …Zaledwie potrafisz siebie samego w swym wnętrzu rozpoznać, jakże się więc możesz spodziewać, iż usłyszysz delikatne głosy tych, co odeszli! Na próżno szukać będziesz na zewnątrz „dowodów” na to, co tylko w najwewnętrzniejszej głębi natury i tylko dla nielicznych dostępne.

*

Wieczne życie jest spoczynkiem i czynem. Spoczynek i czyn są w wiecznej odmianie, jak przypływ i odpływ, w wieczystym morzu stawania się wewnętrznego. Wieczny spoczynek byłby prawdziwą śmiercią! Atoli wieczny czyn byłby prawdziwym potępieniem! Spoczynek i czyn, w miłości złączone – oto dopiero najwyższe życie duchowe. …Błędnie tłumaczysz swoją tęsknotę, jeśli mniemasz, iż pragniesz „wiecznego spoczynku”. Tęsknota twa pragnie wieczystej radości w spoczynku i czynie.

Radość jest ludzkim odczuwaniem boskiej doskonałości. Dlatego zgadzać się masz z wolą radości! Nie możesz pragnąć „nadmiaru” radości. To, co jest ci już teraz spełnieniem w trwałej radości, nigdy nie może ci być odjęte.

*

Wszędy rozstawia przyroda swe drogowskazy. Atoli ludzie szaleją obok nich, jak igrające dzieci… Musicie się nauczyć baczniejszą uwagę zwracać na drogowskazy! Dążycie jeszcze do rozkoszy i dajecie się pożerać chuciom, podczas gdy tylko radość wiedzie do trwałego życia. Bóg żyje w radości! „Radość” jest jasnym światłem! „Radość” i „chuci” są – wzbierającą pożogą! „Wola radości” jest – wolą Boga!

*

…Poznaj samego siebie! Śpiąca była twa wola, zanim jeden biegun twej istoty wdarł się w widzialność… Teraz jeszcze śni wola twoja… Ależ coraz bardziej i bardziej budzić się będzie twa wola, aż kiedyś w radości i świetle – wszystko posiądziesz Wolą!…

*

Wszystkie tablice praw ustanowiła wola radości. Sam jesteś „wolą radości”, musisz być posłuszny własnym prawom. Tak tylko dotrzeć można do siebie samego w swym Bogu Żywym! Wszystko, co może zapewnić trwałą radość, służyć ci będzie. Wszystko, co nie służy trwałej radości, musi ci szkodzić. Atoli ty sam jesteś swym „sędzią”! Sam możesz się na długi czas „potępić” i sam możesz podnieść się do najwyższej „błogości”. Ale – jakkolwiek długo miałbyś błądzić – kiedyś będziesz musiał jednakże pójść za sobą samym… Gdy tylko rozpoznasz wówczas siebie samego po raz pierwszy, odnajdziesz siebie w Boskości… …Jeszcze dążysz „na zewnątrz” w pustą nicość! Jeszcze szukasz tysięcy celów „na zewnątrz”! Lecz kiedyś musisz jednakże zrozumieć, że tylko – ty sam możesz się sobie stać „celem”!

*

We własnej dłoni dzierżysz moc „wiązania” i „rozwiązywania”! Jeszcze nie jesteś w sobie świadom swej mocy! Oczekujesz jeszcze z „zewnątrz” tego, co tylko we „wnętrzu” stać się może. Ale „zewnątrz” i „wewnątrz” stać ci się muszą jednym, kiedy rozpoznasz wreszcie siebie samego w swym wnętrzu, jako „wolę radości”. Długo uczono cię, iż tylko „udręczenie serca” i „skrucha” zbliżyć cię mogą do Boskości. Nazbyt zawierzyłeś tym naukom i teraz oto lękasz się drogi do siebie samego!

Nie lękaj się! Niechaj cię nie przeraża jasność słoneczna, co leży ponad nakazaną ci drogą niebieską! Oko twe, które dotąd w mroku sądziło tylko, że widzi, będzie się musiało nasamprzód przyzwyczaić do słońca, a z pewnością nauczy się też widzieć w świetle. Kroczyć będziesz w mocy radości, gdy tylko znajdziesz siebie samego w woli radości. W woli radości żyć będziesz nowym życiem! W woli radości przeżywać będziesz siebie samego w swym wieczystym Bogu żywym!

———————–

Światło z Himavatu

Jeżeli szukasz światła, tedy wiedz, iż droga twa strzeżona jest przez Mistrzów dnia!

————————

Posłowie

W ukrytym namiocie pasterskim, wysoko ponad błękitnym morzem Południa napisana została niegdyś znaczna część tej książki. Gdym wówczas, przed laty ogłosił urywki jej w czterech małych rozprawach, sądziłem, iż tylko w specjalnie przygotowanym kole oczekiwać mogę dla nich zrozumienia. Atoli doświadczenie wykazało, iż rozprawki te znalazły licznych czcicieli daleko poza owym ciasnym kręgiem. Tak więc odtworzyłem tu na nowo w pierwotnej postaci rozdział „Światło z Himavatu”, który niegdyś ogłosiłem w dwóch wyciągach pod różnymi tytułami, skreśliwszy zeń tylko to, co dodałem wówczas w celu zbliżenia do sposobu pojmowania owego ciaśniejszego kręgu.

„Z krainy świecących” i „Wola radości” pozostały na ogół niezmienione, aczkolwiek i te rozdziały, podobnie jak „Światło z Himavatu”, zostały nieco rozszerzone, aby się stały dla ogólnego zrozumienia dostępniejsze. Nauki te, których jestem wyrazicielem i pośrednikiem, zwracają się do wszystkich ludzi, którym cicha tęsknota pozwala przeczuwać krainę Nadświata, wszędy duchowo czynną i przenikającą ten świat ziemski w niewidzialnych falach. W naturze rzeczy, o których jest mowa w książeczce niniejszej, leży, iż mogą się one ukazywać jedynie pod zasłoną symbolów. Starałem się uczynić zasłonę dość przezroczystą, aby prawda stała się pod nią widoczna.

Ponadto wiele rzeczy pozostać musi niewypowiedzianych, bowiem nie dają się one wyrazić słowami. Książka ta nastroić ma tylko struny na harfie. Atoli dusza, która się jej przewodowi powierzy, jeśli chce, aby wieczna pieśń w niej zabrzmiała, będzie musiała sama swą własną pieśń na harfie tej zagrać.

Czerwiec 1920, Szwajcaria

Bo Yin Ra – Józef Antoni Schneiderfranken 

Biała Magia – Służba Dobru Powszechnemu…

EZOTERYCZNA SZKOŁA BIAŁEJ MAGII
POCZYTAJ ARTYKUŁY O BIAŁEJ MAGII – KRÓLEWSKIEJ SZTUCE DUCHOWEJ

Wkrótce będzie więcej materiału do poczytania…

Zajrzyj na tym blogu w zakładkę KONTAKT

Reklamy
%d blogerów lubi to: